"Mistrz i Małgorzata" - streszczenie i opracowanie

29 października 2026

CZĘŚĆ PIERWSZA

Rozdział 1. „Nigdy nie rozmawiaj z nieznajomymi”

W gorący majowy wieczór na Patriarszych Prudach pojawiają się dwaj literaci: mniej więcej czterdziestoletni Michał Aleksandrowicz Berlioz, redaktor miesięcznika literackiego i prezes zarządu jednego z największych moskiewskich stowarzyszeń literackich, Massolitu, oraz młody poeta Iwan Nikołajewicz Ponyriow, publikujący pod pseudonimem Bezdomny. Aleja jest niemal zupełnie pusta mimo nieznośnego upału, a kiedy obaj podchodzą do budki z napojami, okazuje się, że nie ma ani wody mineralnej, ani piwa, więc zamawiają ciepły napój morelowy, który pachnie wodą fryzjerską, pieni się i natychmiast wywołuje u obu czkawkę. Po wypiciu siadają na ławce zwróconej ku stawowi i Berlioz wraca do rozpoczętej wcześniej rozmowy o poemacie antyreligijnym, który zamówił u Bezdomnego do kolejnego numeru pisma. Iwan napisał utwór bardzo szybko i przedstawił Jezusa w skrajnie niekorzystnym świetle, jednak popełnił z punktu widzenia redaktora zasadniczy błąd: Jezus wyszedł mu jako człowiek rzeczywiście kiedyś istniejący, podczas gdy Berlioz chciał, aby poeta wykazał przede wszystkim, że postać taka nigdy nie istniała, a wszystkie związane z nią historie są mitologicznymi wymysłami. Zanim jednak wykład zostaje rozwinięty, Berlioz doświadcza czegoś zupełnie dla siebie niezwykłego. Nagle przestaje czkać, jego serce zachowuje się tak, jakby na moment zapadło się w piersi, a potem zaczęło boleć, po czym ogarnia go niewytłumaczalny, potężny strach i pragnienie natychmiastowej ucieczki z Patriarszych Prudów. W rozgrzanym powietrzu pojawia się przed nim przezroczysty, niezwykle wysoki i chudy człowiek w kusej kraciastej marynarce i dżokejce, o szyderczej twarzy; postać kołysze się przez chwilę w powietrzu, a kiedy przerażony Berlioz zamyka i ponownie otwiera oczy, znika. Redaktor uznaje, że z powodu upału i przemęczenia miał coś w rodzaju halucynacji, stopniowo dochodzi do siebie i kontynuuje wywód. Tłumaczy Iwanowi, że opowieści o cudownych narodzinach, śmierci i zmartwychwstaniu bóstw pojawiały się w wielu wcześniejszych religiach, przywołuje między innymi Ozyrysa, Tammuza, Marduka, Huitzilopochtliego, Adonisa, Attisa i Mitrę, powołuje się także na Filona z Aleksandrii, Józefa Flawiusza i Tacyta, przekonując poetę, że właśnie na nieistnieniu Jezusa powinien oprzeć nową wersję poematu. Iwan słucha, ponieważ większość tych wiadomości jest dla niego nowa. Właśnie wtedy w alei pojawia się pierwszy człowiek, jakiego tego wieczoru widzą poza sobą. Narrator od razu zaznacza, że sporządzane później rysopisy tego przybysza były ze sobą sprzeczne, po czym podaje jego wygląd: jest wysoki, ma ponad czterdzieści lat, drogi szary garnitur i dopasowane zagraniczne pantofle, szary beret załamany nad uchem, laskę z czarną rączką w kształcie głowy pudla, po lewej stronie zębów koronki platynowe, po prawej złote, jedno oko czarne, drugie zielone, a jedną brew położoną wyżej od drugiej. Cudzoziemiec siada na sąsiedniej ławce, słucha rozmowy, a potem podchodzi do literatów i uprzejmie prosi o możliwość włączenia się do dyskusji. Pyta Berlioza, czy dobrze zrozumiał, że Jezus według niego nigdy nie istniał, a następnie upewnia się, że obaj rozmówcy są ateistami. Reaguje na tę informację z przesadnym zachwytem i zaczyna wypytywać o dowody istnienia Boga. Berlioz spokojnie tłumaczy, że pięć tradycyjnych dowodów dawno straciło wartość i że w kategoriach rozumu nie da się dowieść istnienia Boga, a kiedy cudzoziemiec wspomina o Kantowskim szóstym dowodzie, redaktor także go odrzuca. Iwan niespodziewanie proponuje natomiast, żeby Kanta za jego rozważania zesłać na trzy lata na Sołowki. Nieznajomy jest tą propozycją zachwycony i oznajmia, że sam powiedział kiedyś Kantowi przy śniadaniu, iż wymyślił coś zbyt skomplikowanego i zostanie wyśmiany, po czym dodaje, że zesłanie filozofa jest już niemożliwe, ponieważ od ponad stu lat przebywa on w miejscach znacznie odleglejszych niż Sołowki. Berlioz i Bezdomny są coraz bardziej zdezorientowani. Cudzoziemiec przechodzi następnie do pytania o to, kto właściwie kieruje ludzkim życiem i wszystkim, co dzieje się na świecie, skoro Boga nie ma. Berlioz odpowiada, że człowiek sam decyduje o swoim losie, ale przybysz wskazuje na niemożność planowania nawet własnej najbliższej przyszłości. Człowiek może przecież niespodziewanie zachorować, stracić kontrolę nad swoim życiem albo umrzeć; jako przykład cudzoziemiec opisuje kogoś, kto wybiera się do Kisłowodska, lecz nagle poślizguje się i wpada pod tramwaj. Gdy Iwanowi kończą się papierosy, profesor pyta, jaką markę pali, a następnie wyciąga ogromną papierośnicę z dukatowego złota, ozdobioną brylantowym trójkątem, w której znajdują się dokładnie papierosy „Nasza marka”. Rozmowa staje się jeszcze bardziej niepokojąca, kiedy cudzoziemiec stwierdza, że problem nie polega jedynie na tym, iż człowiek jest śmiertelny, lecz przede wszystkim na tym, że jego śmiertelność okazuje się niespodziewanie. Pyta Berlioza, co zamierza robić tego wieczoru. Redaktor odpowiada, że pojedzie najpierw do swojego mieszkania na Sadowej, a o dziesiątej ma przewodniczyć zebraniu Massolitu. Nieznajomy stanowczo twierdzi, że zebrania nie będzie, ponieważ Berliozowi zostanie odcięta głowa. Na pytanie, kto miałby to zrobić, odpowiada, że Rosjanka, komsomołka. Następnie wyjaśnia, że Annuszka kupiła już olej słonecznikowy i zdążyła go rozlać, dlatego Berlioz nie będzie mógł przewodniczyć żadnemu zebraniu. Iwan, coraz bardziej przekonany, że rozmawia z człowiekiem obłąkanym, pyta go, czy kiedykolwiek leczył się w szpitalu psychiatrycznym. Cudzoziemiec odpowiada, że bywał w najrozmaitszych miejscach, żałuje tylko, że nie zdążył zapytać pewnego profesora, czym jest schizofrenia, po czym zwraca się do poety po imieniu. Iwan jest wstrząśnięty, lecz profesor wyciąga gazetę z fotografią i wierszami Bezdomnego, co daje racjonalne wyjaśnienie jego wiedzy. Poeta odciąga jednak Berlioza na bok i przekonuje go, że cudzoziemiec jest najprawdopodobniej rosyjskim emigrantem albo szpiegiem, który tylko udaje dziwaka, by zdobyć informacje. Kiedy wracają, nieznajomy sam pokazuje dokumenty, wizytówkę, paszport i zaproszenie do Moskwy. Iwan zdąża dostrzec na wizytówce słowo „profesor” oraz pierwszą literę nazwiska, „W”. Przybysz oznajmia, że jest poliglotą, historykiem i specjalistą od czarnej magii, a do Moskwy zaproszono go z powodu znalezionych w bibliotece narodowej rękopisów Herberta z Aurillac z X wieku, które ma odczytać jako jedyny na świecie specjalista w tej dziedzinie. Niespodziewanie dodaje, że tego wieczoru na Patriarszych Prudach wydarzy się niezwykle interesująca historia, po czym ponownie wraca do najważniejszego dla siebie tematu i mówi obu literatom, żeby zapamiętali, iż Jezus istniał naprawdę. Berlioz odpowiada, że potrzebne byłyby na to świadectwa, ale profesor twierdzi, że żadne świadectwa nie są potrzebne i zaczyna mówić już bez wcześniejszego cudzoziemskiego akcentu, rozpoczynając opowieść od człowieka w białym płaszczu z podbiciem koloru krwawnika, który wczesnym rankiem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan wychodzi pod kolumnadę pałacu Heroda Wielkiego.

Rozdział 2. „Poncjusz Piłat”

Wczesnym rankiem czternastego dnia miesiąca nisan pod krytą kolumnadę łączącą oba skrzydła pałacu Heroda Wielkiego wychodzi procurator Judei Poncjusz Piłat, ubrany w biały płaszcz z podbiciem koloru krwawnika. Od rana prześladuje go znienawidzony zapach olejku różanego, a jeszcze większym problemem jest straszliwa hemikrania, przy której boli połowa głowy i na którą, jak sam myśli, nie ma lekarstwa. Piłat stara się nie poruszać głową i marzy o zaciemnionej komnacie, zimnej wodzie oraz swoim psie Bandze. Sekretarz przekazuje mu dokumenty dotyczące więźnia z Galilei, którego wyrok śmierci, wydany przez Sanhedryn, został oddany do zatwierdzenia rzymskiemu procuratorowi. Przed Piłata zostaje wprowadzony około dwudziestosiedmioletni mężczyzna w starym, rozdartym, błękitnym chitonie, z białym zawojem na głowie, rękami związanymi z tyłu, wielkim siniakiem pod lewym okiem i zaschniętą krwią w kąciku ust. Piłat pyta go po aramejsku, czy to on namawiał lud do zburzenia jeruszalaimskiej świątyni. Więzień zaczyna odpowiedź od słów „Człowieku dobry”, co natychmiast irytuje procuratora, który przypomina, że nie jest dobrym człowiekiem i że w Jeruszalaim uchodzi za okrutnego potwora. Wzywa Marka, zwanego Szczurzą Śmiercią, centuriona niezwykłego wzrostu i szerokości, z twarzą zdeformowaną dawnym uderzeniem germańskiej maczugi, i poleca mu wyjaśnić więźniowi, jak należy zwracać się do rzymskiego namiestnika, zastrzegając jednocześnie, aby go nie okaleczał. Marek wyprowadza mężczyznę do ogrodu, lekko uderza go biczem, lecz nawet ten pozornie niedbały cios natychmiast zwala więźnia z nóg. Następnie stawia go z powrotem i nakazuje zwracać się do Piłata słowem „hegemon”. Po powrocie przesłuchanie rozpoczyna się właściwie od początku. Więzień przedstawia się jako Jeszua Ha-Nocri, mówi, że pochodzi z Gamali, nie pamięta rodziców i słyszał jedynie, że jego ojciec był Syryjczykiem; nie ma domu ani rodziny, wędruje z miasta do miasta, potrafi czytać i pisać oraz oprócz aramejskiego zna grekę. Zaprzecza oskarżeniu o zamiar zburzenia świątyni, twierdząc, że nigdy nie nawoływał nikogo do podobnego czynu. Wyjaśnia, że ludzie przekręcają jego słowa, a szczególne problemy sprawia Mateusz Lewita, były poborca podatkowy, który chodzi za nim z kozim pergaminem i nieustannie coś zapisuje. Jeszua opowiada, że spotkał Mateusza na drodze do Bettagium, początkowo został przez niego potraktowany nieprzyjaźnie, lecz po rozmowie poborca wyrzucił pieniądze na drogę, oznajmił, że ich nienawidzi, i od tej pory zaczął towarzyszyć Jeszui. Ha-Nocri raz zajrzał do jego notatek i przeraził się, ponieważ nie znajdował tam tego, co rzeczywiście mówił; prosił Mateusza, żeby spalił pergamin, ale ten odmówił. Pytany ponownie o świątynię Jeszua wyjaśnia, że powiedział tylko, iż runie świątynia starej wiary i powstanie nowa świątynia prawdy. Kiedy Piłat z rozdrażnieniem pyta, czym właściwie jest prawda, więzień nie odpowiada abstrakcyjną definicją, lecz zaczyna mówić o samym procuratorze: stwierdza, że boli go głowa tak bardzo, iż myśli o śmierci, że trudno mu nawet patrzeć na rozmówcę i że marzy tylko o tym, by przyszedł jego pies, jedyne zapewne stworzenie, do którego jest przywiązany. Dodaje, że ból zaraz ustąpi. Piłat jest przerażony trafnością tej obserwacji, lecz rzeczywiście po chwili zaczyna czuć ulgę. Jeszua proponuje nawet, aby hegemon wyszedł na spacer po ogrodach na Górze Oliwnej i pozwolił mu sobie towarzyszyć, ponieważ przyszło mu do głowy kilka myśli, które mogłyby zainteresować Piłata; mówi też, że procurator jest zbyt zamknięty w sobie i nie powinien przelewać wszystkich uczuć wyłącznie na psa. Zamiast spodziewanego gniewu Piłat poleca rozwiązać więźniowi ręce, pyta, czy jest lekarzem, a następnie po łacinie chce wiedzieć, skąd domyślił się jego pragnienia zobaczenia Bangi. Jeszua odpowiada, że zauważył charakterystyczny ruch dłoni procuratora, jakby ten chciał pogłaskać psa. Piłat wraca do zarzutów i pyta o doniesienie, według którego Jeszua miał wjechać do Jeruszalaim przez Suzską Bramę na ośle, otoczony tłumami witającymi go jak proroka. Ha-Nocri odpowiada, że nie ma żadnego osła, wszedł do miasta pieszo, towarzyszył mu tylko Mateusz Lewita, a nikt nie wiwatował, ponieważ w Jeruszalaim nikt go wtedy jeszcze nie znał. Nie zna też Dismosa, Gestasa ani Bar Rawana, ale nazywa ich „dobrymi ludźmi”. Piłat pyta więc, czy według niego wszyscy ludzie są dobrzy, a Jeszua odpowiada twierdząco. Nawet Marka Szczurzą Śmierć uważa za człowieka dobrego, choć nieszczęśliwego i okaleczonego przez innych; jest przekonany, że gdyby ktoś z nim odpowiednio porozmawiał, centurion mógłby się zmienić. W tym momencie Piłat dochodzi już do konkretnej decyzji. Uznaje, że działalność wędrownego filozofa nie zawiera cech przestępstwa, a sam Jeszua jest człowiekiem obłąkanym, którego wypowiedzi mogą jednak wywołać zamieszki. Zamierza więc nie zatwierdzać wyroku śmierci, lecz usunąć go z Jeruszalaim i uwięzić w Caesarea Stratonica, gdzie znajduje się rezydencja procuratora. Pozostaje jedynie podyktować tę decyzję sekretarzowi, kiedy ten przekazuje Piłatowi kolejny pergamin. Po przeczytaniu dokumentu procurator całkowicie się zmienia. Wydaje mu się, że zamiast twarzy Jeszui widzi inną głowę, łysiejącą, z wieńcem ze złotych listków i charakterystycznym wrzodem na czole, a w oddali słyszy słowa dotyczące ustawy o obrazie majestatu. Piłat rozumie, że nowe oskarżenie dotyczy już nie religii, lecz bezpieczeństwa państwa i osoby cesarza Tyberiusza. Pyta Jeszuę, czy mówił kiedykolwiek coś o wielkim Cezarze, przy czym szczególnie mocno akcentuje możliwość odpowiedzi przeczącej i nawet wykonuje gest sugerujący więźniowi, jak powinien odpowiedzieć. Jeszua jednak mówi, że łatwo i przyjemnie jest mówić prawdę, i zaczyna opowiadać o Judzie z Kiriatu. Przedwczoraj wieczorem poznał młodego człowieka, który zaprosił go do swojego domu w Dolnym Mieście, przyjął go bardzo gościnnie, zapalił światła i zaczął wypytywać o poglądy dotyczące władzy państwowej. Jeszua przyznaje, że powiedział mu między innymi, iż wszelka władza jest gwałtem zadawanym ludziom i że nadejdzie czas, kiedy nie będzie ani władzy cesarskiej, ani żadnej innej, ponieważ człowiek wejdzie do królestwa prawdy i sprawiedliwości, w którym żadna władza nie będzie potrzebna. Piłat natychmiast każe usunąć z tarasu sekretarza i żołnierzy, ponieważ sprawa nabiera charakteru państwowego. Gdy zostaje sam z więźniem, jeszcze raz sprawdza konsekwencję jego przekonań, wymieniając Marka, ludzi, którzy pobili Jeszuę, Dismosa, Gestasa oraz Judę i pytając, czy wszyscy oni są według niego dobrzy. Jeszua nadal odpowiada twierdząco. Na pytanie, czy królestwo prawdy rzeczywiście nadejdzie, mówi z pełnym przekonaniem, że tak. Wtedy Piłat wybucha i krzyczy, że takie królestwo nigdy nie nastanie, następnie pyta Jeszuę o Boga. Ha-Nocri odpowiada, że Bóg jest jeden. Procurator radzi mu więc modlić się najgoręcej, jak potrafi, choć zaraz dodaje, że nawet to mu nie pomoże. Jeszua, który dotąd mówił spokojnie, zaczyna się bać i wprost prosi o wypuszczenie, ponieważ widzi, że chcą go zabić. Piłat odpowiada, że rzymski procurator nie może uwolnić człowieka, który wypowiedział takie słowa o władzy Cezara, i zatwierdza wyrok śmierci wydany przez Mały Sanhedryn. Nakazuje przekazać Jeszuę komendantowi tajnej służby i dopilnować, aby nie kontaktował się z innymi skazańcami ani nie prowadził rozmów ze strażnikami. Następnie Piłat organizuje zabezpieczenie egzekucji: dwie centurie mają zostać wysłane na Nagą Górę, jedna pod dowództwem Marka Szczurzej Śmierci ma eskortować skazańców, oprawców i wozy ze sprzętem, druga wcześniej zabezpieczyć wzgórze, a dodatkowo ma tam zostać wysłana syryjska jazda. Później procurator spotyka się na osobności z arcykapłanem Józefem Kajfaszem. Informuje go, że na śmierć skazani zostali Dismos, Gestas, Bar Rawan i Jeszua Ha-Nocri, ale zgodnie z prawem i zwyczajem paschalnym jeden z dwóch więźniów podlegających miejscowym władzom, Bar Rawan albo Jeszua, ma zostać ułaskawiony. Kajfasz odpowiada, że Sanhedryn zdecydował o uwolnieniu Bar Rawana. Piłat, choć spodziewał się tej odpowiedzi, udaje zaskoczenie i prosi o ponowne rozważenie sprawy, podkreślając, że Bar Rawan jest znacznie bardziej niebezpieczny: otwarcie nawoływał do powstania i zabił żołnierza podczas aresztowania, podczas gdy Ha-Nocri jest człowiekiem najwyraźniej niespełna rozumu, wygłaszającym niebezpieczne mowy. Kajfasz jednak ponownie wybiera Bar Rawana, a na żądanie Piłata powtarza decyzję po raz trzeci. Procurator rozumie, że sprawa jest zakończona. Ogarnia go niepojęty smutek związany z wrażeniem, że nie dokończył rozmowy z Jeszuą albo czegoś nie dosłyszał, a przez jego świadomość przechodzi również zagadkowa myśl o nieśmiertelności. Rozmowa z Kajfaszem staje się coraz bardziej wroga. Piłat grozi arcykapłanowi, że od tej chwili ani on, ani jego lud nie zaznają spokoju; Kajfasz oskarża z kolei procuratora o nienawiść do Judejczyków i o próbę uwolnienia człowieka zagrażającego religii. Piłat przypomina wcześniejsze konflikty z miejscowymi władzami i zapowiada możliwość pojawienia się w Jeruszalaim całych rzymskich sił. Po tej rozmowie wraca na chwilę do pałacu i spotyka się w zaciemnionej komnacie z tajemniczym człowiekiem, który ma częściowo zasłoniętą twarz kapturem; rozmowa trwa bardzo krótko i jej treść nie zostaje ujawniona. Następnie Piłat wraz z przedstawicielami władz wychodzi na kamienny pomost przed zgromadzony tłum. Ogłasza, że czterech przestępców zostało skazanych na hańbiącą śmierć przez rozpięcie na słupach, lecz jednego z nich, zgodnie z paschalnym zwyczajem, Cezar obdarza życiem. Po długiej pauzie wykrzykuje imię Bar Rawana. Tłum wybucha potężnym wrzaskiem, Bar Rawan zostaje uwolniony, natomiast Dismos, Gestas i Jeszua mają zostać wyprowadzeni za miasto na Nagą Górę. Piłat odchodzi, nie patrząc na skazańców, a wkrótce obok niego przejeżdża syryjska jazda kierująca się na miejsce egzekucji. Jest mniej więcej dziesiąta rano.

Rozdział 3. „Dowód siódmy”

Profesor kończy swoją opowieść słowami, że była mniej więcej dziesiąta rano, i w tej samej chwili narracja wraca na Patriarsze Prudy, gdzie zapadł już wieczór. Iwan, jak człowiek budzący się ze snu, przeciera twarz i ze zdumieniem zauważa upływ czasu: na stawie pływa łódka, na ławkach siedzą ludzie, nad Moskwą widoczny jest jeszcze biały księżyc, a powietrze stało się chłodniejsze. Poeta przez chwilę rozważa nawet możliwość, że cała historia o Piłacie mu się przyśniła, lecz Berlioz również ją słyszał i mówi cudzoziemcowi, że opowieść jest interesująca, choć całkowicie sprzeczna z Ewangelią. Profesor odpowiada, że nic z opisanego w Ewangeliach nie wydarzyło się naprawdę w przedstawiony tam sposób. Gdy Berlioz zauważa, że nikt nie może potwierdzić wersji cudzoziemca, profesor przywołuje obu literatów bliżej i już bez śladu zagranicznego akcentu oznajmia szeptem, że sam był przy tych wydarzeniach: na tarasie u Poncjusza Piłata, w ogrodzie podczas rozmowy z Kajfaszem oraz na pomoście, oczywiście potajemnie i incognito. Berlioz ostatecznie uznaje, że przybysz jest człowiekiem chorym psychicznie. Zaczyna wypytywać go o to, kiedy przyjechał, gdzie się zatrzymał, gdzie ma rzeczy i czy podróżuje sam, próbując jednocześnie dawać Iwanowi znaki, aby nie sprzeczał się z chorym. Profesor odpowiada, że zawsze jest sam, nie zatrzymał się nigdzie i zamierza mieszkać w mieszkaniu samego Berlioza. Nagle pyta również Iwana, czy ten nie wierzy także w istnienie diabła. Doprowadzony do ostateczności Bezdomny odpowiada, że żadnego diabła nie ma. Cudzoziemiec wybucha śmiechem i dziwi się rzeczywistości, w której wszystkiego, czego tylko dotknąć, rzekomo nie ma. Berlioz postanawia wreszcie pobiec do telefonu i zawiadomić biuro turystyki zagranicznej o konsultancie znajdującym się w stanie najwyraźniej odbiegającym od normy. Profesor zgadza się na jego odejście, lecz przed pożegnaniem prosi, aby uwierzył przynajmniej w istnienie diabła, ponieważ istnieje na to siódmy dowód, którego nie sposób obalić, i dowód ten za chwilę zostanie Berliozowi przedstawiony. Redaktor rusza w stronę wyjścia. Wtedy profesor woła za nim po imieniu i proponuje, że może natychmiast wysłać depeszę do jego wujka w Kijowie. Berlioza ponownie przechodzi dreszcz, ponieważ nie rozumie, skąd obcy zna szczegóły jego życia rodzinnego. Przy samym wyjściu spotyka człowieka identycznego z przezroczystą postacią, którą widział wcześniej w rozgrzanym powietrzu. Tym razem kraciasty jest zupełnie materialny, ma wąsiki przypominające kurze piórka, małe ironiczne oczy, wysoko podciągnięte spodnie i widoczne spod nich brudne białe skarpetki. Zwraca się do Berlioza żartobliwie jako były regent chóru cerkiewnego, wskazuje mu drogę do wyjścia i prosi o drobną zapłatę za radę. Berlioz go ignoruje i podchodzi do turnikietu. Właśnie wtedy zapala się ostrzegawczy napis „Strzeż się tramwaju”, a z Jermołajewskiej na Bronną skręca wagon. Berlioz stoi początkowo w bezpiecznym miejscu, lecz zamierza zawrócić; jego ręka zsuwa się z turnikietu, jedna noga jedzie po kocich łbach jak po lodzie, druga zostaje poderwana i redaktor upada na torowisko. Widzi nad sobą księżyc, próbuje się obrócić i dostrzega pędzącą ku niemu zbielałą ze zgrozy twarz kobiety prowadzącej tramwaj oraz jej czerwoną opaskę. Motornicza szarpie hamulec, wagon podskakuje, z okien sypią się szyby, a w mózgu Berlioza pojawia się ostatnia myśl: „A jednak!”. Tramwaj najeżdża na niego, a na bruk pod sztachety Patriarszej alei wypada okrągły ciemny przedmiot, stacza się po jezdni i podskakuje na kocich łbach. Jest to odcięta głowa Berlioza. Na tym kończy się rozdział.

Rozdział 4. „Pogoń”

Po śmierci Berlioza ucichają histeryczne krzyki, milicyjne gwizdki milkną, jedna karetka zabiera do kostnicy osobno bezgłowe ciało i głowę zmarłego, druga odwozi poranioną odłamkami szkła kobietę prowadzącą tramwaj, a dozorcy uprzątają szkło i posypują piaskiem kałużę krwi. Iwan Bezdomny pozostaje na ławce, niemal sparaliżowany tym, co zobaczył; kilka razy próbuje wstać, lecz nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Widział podskakującą po jezdni głowę człowieka, z którym jeszcze przed chwilą rozmawiał, i początkowo nie potrafi myśleć o niczym innym. Dopiero kiedy niedaleko niego zderzają się dwie kobiety i jedna z nich zaczyna opowiadać drugiej, że za wypadek odpowiada Annuszka z Sadowej, która kupiła olej słonecznikowy i rozbiła butelkę przy turnikiecie, świadomość poety zaczyna ponownie łączyć fakty. Najpierw dociera do niego samo imię „Annuszka”, potem „olej słonecznikowy”, a wreszcie przypomina sobie profesora i jego zapowiedź. Uświadamia sobie, że cudzoziemiec dokładnie wiedział, iż zebranie Massolitu się nie odbędzie, ponieważ Annuszka rozlała olej, i wprost przewidział, że Berliozowi odetnie głowę kobieta, podczas gdy tramwaj rzeczywiście prowadziła kobieta. Iwan natychmiast dochodzi do wniosku, że profesor nie jest wariatem, a następnie zaczyna podejrzewać, że mógł nawet sam w jakiś sposób zorganizować śmierć Berlioza. Z ogromnym wysiłkiem wstaje i wraca do miejsca, w którym siedział cudzoziemiec. Profesor nadal tam jest, obok niego znajduje się także kraciasty były regent, który założył binokle z jednym szkłem pękniętym i drugim całkowicie brakującym. Iwan żąda od nieznajomego wyjaśnienia, kim jest, lecz ten marszczy brwi, zachowuje się, jakby po raz pierwszy widział poetę, i nagle twierdzi, że nie rozumie rosyjskiego. Korowiow natychmiast podejmuje tę grę, tłumacząc, że zagraniczny turysta niczego nie rozumie. Rozwścieczony Iwan oskarża profesora o szpiegostwo i morderstwo i domaga się dokumentów. Cudzoziemiec odwraca się i odchodzi, natomiast Iwan prosi kraciastego, by pomógł zatrzymać przestępcę. Ten udaje ogromne przejęcie i radzi natychmiast krzyczeć „Na pomoc!”, ale kiedy poeta rzeczywiście woła, regent sam milczy, przez co Iwan jedynie zwraca uwagę przechodniów, którzy biorą go za pijaka. Kiedy próbuje chwycić kraciastego, ten wymyka się w niewytłumaczalny sposób, a po chwili poeta widzi przy wyjściu całą grupę. Do profesora i regenta dołączył olbrzymi czarny kot, wielkości wieprza, z zawadiackimi wąsami, który idzie na tylnych łapach. Iwan rozpoczyna pogoń. Cała trójka porusza się niezwykle szybko, choć poeta nieustannie przyspiesza. Na Bramie Nikickiej ścigani się rozdzielają. Korowiow zręcznie wsiada do autobusu i znika, natomiast Behemot podchodzi do tramwaju linii „A”, odpycha kobietę, chwyta za poręcz i próbuje przez okno wręczyć konduktorce dziesięć kopiejek za bilet. Najdziwniejszy okazuje się fakt, że konduktorkę oburza nie tyle zachowanie kota jak człowieka, ile samo przewożenie zwierzęcia: krzyczy, że kotom nie wolno jeździć tramwajem. Behemot posłusznie schodzi, siada na przystanku i pociera monetą wąsy, lecz gdy wagon rusza, wskakuje na jego tylny zderzak, obejmuje łapą gumową rurę i jedzie dalej bez biletu. Iwan prawie przez tę scenę traci z oczu profesora, ale dostrzega jego szary beret w tłumie i kontynuuje pościg. Mimo biegu nie potrafi się do niego zbliżyć, przemierza kolejne ulice i zaułki, przewraca się i rozbija kolano, aż w końcu zupełnie traci Wolanda z oczu. Nie pozostaje jednak długo bezradny, ponieważ nagle, bez żadnej wyjaśnionej podstawy, nabiera pewności, że profesor znajduje się w domu numer trzynaście, w mieszkaniu czterdzieści siedem. Wpada do budynku, biegnie na pierwsze piętro i dzwoni. Otwiera mu około pięcioletnia dziewczynka, która niczego nie pyta i odchodzi. Iwan rusza przez zaniedbany, ciemny korytarz, przekonany, że profesor schował się w łazience. Otwiera drzwi i zamiast cudzoziemca znajduje nagą, dokładnie namydloną kobietę z gąbką w ręku, która bierze go za niejakiego Kiriuszkę, prosi, by się nie wygłupiał, i ostrzega, że zaraz wróci Fiodor Iwanowicz. Iwan, zamiast wyjaśnić pomyłkę, nazywa ją rozpustnicą i przedostaje się do pustej kuchni, gdzie stoją zimne prymusy, a w kącie wisi pokryta kurzem i pajęczyną ikona, zza której sterczą dwie ślubne świece; pod nią znajduje się mały papierowy obrazek świętego. Narrator zaznacza, że nie wiadomo, co opętało Iwana, lecz poeta zabiera jedną świecę oraz obrazek i opuszcza mieszkanie. Na pustej ulicy nagle stwierdza, że profesor musi znajdować się nad rzeką Moskwą. Udaje się na nabrzeże, rozbiera i powierza swoje rzeczy przypadkowemu brodatemu człowiekowi, po czym wskakuje do bardzo zimnej, pachnącej ropą wody. Kiedy wraca, brodacz zniknął razem z ubraniami poety. W miejscu, w którym leżały jego rzeczy, pozostawiono pasiaste kalesony, podartą koszulę, świecę, święty obrazek i pudełko zapałek. Iwan zakłada znalezione ubrania, martwi się utratą legitymacji Massolitu i zastanawia, czy w takim stroju zdoła bez przeszkód przejść przez miasto. Obrywa guziki przy kostkach kalesonów, licząc, że dzięki temu bardziej przypominać będą letnie spodnie, zabiera świecę i obrazek i tym razem dochodzi do przekonania, że profesor niewątpliwie znajduje się u Gribojedowa. Wyrusza więc przez Moskwę, lecz widząc, że przechodnie zwracają uwagę na jego wygląd, stara się omijać główne ulice, przemyka zaułkami i chowa się w bramach, podczas gdy z otwartych okien niemal całego miasta dobiega polonez z „Eugeniusza Oniegina”.

Rozdział 5. „Co się zdarzyło w Gribojedowie”

Dom Gribojedowa jest kremowym, staroświeckim piętrowym budynkiem położonym w głębi niewielkiego ogrodu i oddzielonym od chodnika ozdobnym żelaznym ogrodzeniem. Nazywa się go tak z powodu legendy, według której miał kiedyś należeć do ciotki Aleksandra Gribojedowa, choć narrator od razu zaznacza, że nie ma pewności, czy pisarz w ogóle miał taką krewną; ważne jest natomiast to, że współcześnie budynek należy do Massolitu, któremu do swojej śmierci przewodniczył Berlioz. Wnętrze jest pełne gabinetów i instytucji związanych z przywilejami członków stowarzyszenia. Przy drzwiach wiszą napisy dotyczące sekcji wędkarsko-urlopowej, jednodniowych delegacji twórczych, Pieriełygina, kolejek po papier, problemów mieszkaniowych, urlopów twórczych i wielu innych spraw; szczególnie atrakcyjne są możliwości wyjazdów i pobytów w miejscach takich jak Jałta czy Pieriełygino. Członkowie Massolitu posiadają pachnące kosztowną skórą legitymacje i korzystają z warunków budzących zazdrość osób z zewnątrz. Największą sławą cieszy się jednak restauracja zajmująca parter budynku, uchodząca za najlepszy lokal w Moskwie, dostępna dla wybranego środowiska, serwująca znakomite potrawy w przystępnych cenach. Narrator zatrzymuje się na rozmowie poety Ambrosija z zaniedbanym Foką o przewadze gribojedowskiej kuchni nad innymi restauracjami, wymieniając kolejne dania, ryby, drób, zakąski i napoje, które można tam zamówić. Tego wieczoru około wpół do jedenastej na pierwszym piętrze dwunastu członków zarządu Massolitu oczekuje na Berlioza, który miał prowadzić posiedzenie wyznaczone na dziesiątą. W dusznym pokoju siedzą między innymi Bieskudnikow, Dwubratski, Bosman Żorż, Zagriwow, Hieronim Poprichin, Ababkow, Głuchariow i inni, a im późniejsza staje się pora, tym bardziej rośnie ich rozdrażnienie. Rozmowa bardzo szybko schodzi z nieobecności Berlioza na Pieriełygino, liczbę literackich willi i sposób ich przydzielania. Jedni narzekają, że od lat nie mogą otrzymać miejsca, podczas gdy inni zajmują po kilka pomieszczeń, wspominany jest między innymi Laurowicz, który ma sześć pokoi i dębową boazerię w jadalni. Zaczynają telefonować, próbując odnaleźć Berlioza, ale oczywiście nie odnoszą skutku. W tym samym czasie jego nagie, zakrwawione i zmasakrowane ciało, odcięta głowa oraz ubrania znajdują się na osobnych metalowych stołach w kostnicy. Obok stoją profesor medycyny sądowej, anatomopatolog, prosektor, przedstawiciele śledztwa oraz Żełdybin, zastępca Berlioza w Massolicie. Wcześniej Żełdybin uczestniczył w opieczętowaniu dokumentów zmarłego w jego mieszkaniu, teraz zaś obecni dyskutują, czy przed wystawieniem ciała należy przyszyć głowę, czy tylko przykryć miejsce odcięcia czarną materią. Dokładnie o północy dwunastu literatów rezygnuje z dalszego czekania i schodzi do restauracji, gdzie zostaje wciągniętych w głośne nocne życie lokalu. Rozpoczyna grę słynny jazzband, rozbrzmiewa „Alleluja!”, tańczą najróżniejsi członkowie środowiska, kelnerzy biegają z potrawami i piwem, a sale wypełnia gwar. W pewnym momencie do restauracji dociera wiadomość o śmierci Berlioza i przez zgromadzonych przechodzi gwałtowna fala zgrozy. Ktoś proponuje natychmiastowe napisanie wspólnej depeszy, lecz szybko okazuje się, że nie wiadomo ani do kogo właściwie miałaby zostać wysłana, ani jaki pożytek może mieć z niej człowiek leżący już w kostnicy. Szok szybko więc ustępuje, ludzie wracają do stołów, do alkoholu i jedzenia. Żełdybin zwołuje następnie członków zarządu na górę i rozpoczyna organizowanie spraw związanych z pogrzebem, dekoracją sali kolumnowej oraz wystawieniem zwłok. Restauracja ponownie wraca do normalnego rytmu i funkcjonowałaby zapewne aż do rana, gdyby nie wydarzenie, które robi na obecnych większe wrażenie niż sama wiadomość o śmierci prezesa Massolitu. Przy ogrodzeniu pojawia się ognik, który stopniowo zbliża się do werandy, a wraz z nim biała postać. Okazuje się nią Iwan Bezdomny, bosy, ubrany w pasiaste kalesony i rozdartą białą koszulę, do której agrafką przypiął papierowy święty obrazek; w dłoni trzyma zapaloną świecę, a na prawym policzku ma świeże zadrapanie. Wita literatów i natychmiast zagląda pod najbliższy stolik, szukając profesora. Następnie ogłasza zebranym, że pojawił się zagraniczny konsultant, profesor i szpieg, który dopiero co zabił Berlioza i którego należy natychmiast złapać, zanim zdąży narobić jeszcze większych szkód. Nie potrafi jednak przypomnieć sobie jego nazwiska, pamięta jedynie pierwszą literę „W”, więc gorączkowo próbuje odtworzyć kolejne możliwości. Kiedy jakaś kobieta podpowiada nazwisko „Wulf”, Iwan nazywa ją idiotką i继续uje poszukiwania właściwego nazwiska. Domaga się, żeby natychmiast zadzwoniono na milicję i wysłano w pościg pięć motocykli uzbrojonych w karabiny maszynowe, przy czym ostrzega, że cudzoziemcowi towarzyszą także kraciasty dryblas z uszkodzonymi binoklami oraz ogromny czarny kot. Sam zamierza przeszukać Gribojedowa i zaczyna zaglądać pod stoliki. Jeden z obecnych próbuje go uspokoić, tłumacząc, że wytrąciła go z równowagi śmierć Berlioza, lecz Iwan reaguje agresją, obraża rozmówcę, a następnie uderza go w twarz. Dopiero wtedy zgromadzeni rzucają się na poetę. Świeca gaśnie, zaczyna się bójka, spadają naczynia i rozlegają się krzyki kobiet, aż kelnerom udaje się związać Bezdomnego serwetami. W tym czasie Archibald Archibaldowicz, kierownik restauracji, urządza portierowi awanturę za to, że wpuścił do lokalu człowieka w samej bieliźnie i nie wezwał wcześniej milicji. Po około kwadransie Pantielej, portier, milicjant, kelner i poeta Aleksander Riuchin wynoszą z budynku zawiniętego w restauracyjne tkaniny Iwana. Poeta płacze, pluje, szczególnie starając się trafić Riuchina, i krzyczy, podczas gdy ciężarówka zabiera go wraz z eskortującymi go osobami do kliniki psychiatrycznej.

Rozdział 6. „Schizofrenia, zgodnie z zapowiedzią”

Kiedy Iwan zostaje przywieziony do izby przyjęć nowoczesnej kliniki psychiatrycznej nad podmoskiewską rzeką, jest około wpół do drugiej w nocy. Trzej pielęgniarze pilnują siedzącego na kanapie poety, choć obrusy, którymi wcześniej był skrępowany, zostały już zdjęte, a razem z nim znajduje się wyraźnie przejęty Aleksander Riuchin. Lekarz ze spiczastą bródką wypytuje o stan pacjenta i przyczynę jego przywiezienia. Riuchin tłumaczy, że chodzi o znanego poetę, który jeszcze rano zachowywał się normalnie, a wieczorem pojawił się w restauracji w samej bieliźnie, wcześniej spadł z ogrodzenia, potem zaś uderzył jednego z kolegów i wdawał się w bójki. Iwan od początku reaguje agresywnie, na powitanie nazywa lekarza draniem i zapowiada, że złoży zażalenie na wszystkich ludzi odpowiedzialnych za sprowadzenie zdrowego człowieka do domu wariatów. Szczególnie ostro atakuje Riuchina, którego określa jako Szaszkę-beztalencie, człowieka o kułackiej psychologii, ukrywającego ją pod pozą proletariusza, i zarzuca mu pisanie nadętych, fałszywych wierszy. Riuchin jest wściekły, lecz nie może odpowiedzieć w ten sam sposób człowiekowi uważanemu za chorego. Lekarz pyta następnie Iwana, dlaczego zjawił się w restauracji w samej bieliźnie. Poeta wyjaśnia, że poszedł kąpać się nad rzekę Moskwę, ktoś ukradł mu ubrania, a ponieważ śpieszył się do Gribojedowa, musiał włożyć pozostawione rzeczy. Pytany o powód pośpiechu odpowiada, że ściga konsultanta odpowiedzialnego za śmierć Berlioza. Kiedy lekarz początkowo bierze nazwisko Berlioz za nazwisko kompozytora, Iwan się denerwuje, a Riuchin tłumaczy, że chodzi o sekretarza Massolitu przejechanego tego wieczoru przez tramwaj. Iwan poprawia go i twierdzi, że konsultant „napuścił” na Berlioza tramwaj, niekoniecznie popychając go fizycznie, lecz dzięki niezwykłym możliwościom, ponieważ z góry wiedział, co się wydarzy. Mówi, że jedynymi świadkami obecności profesora byli on i zmarły Berlioz. Lekarz zaczyna więc wypytywać o sposób, w jaki Iwan próbował schwytać podejrzanego. Poeta opowiada o świecy i papierowym obrazku. Zapytany, po co zabrał święty wizerunek, czerwieni się i wyjaśnia, że konsultant ma do czynienia z siłą nieczystą, więc zwykłymi sposobami nie da się go złapać. Dodaje, że cudzoziemiec osobiście rozmawiał z Poncjuszem Piłatem i widział wydarzenia na tarasie. Gdy zegar wybija drugą, Iwan dochodzi do wniosku, że traci czas, i domaga się telefonu. Dzwoni na milicję, przedstawia się jako poeta Bezdomny z domu wariatów i żąda natychmiastowego wysłania pięciu motocykli uzbrojonych w karabiny maszynowe, samemu chcąc uczestniczyć w zatrzymaniu konsultanta. Rozmowa nie przynosi oczekiwanego skutku, poeta rzuca więc słuchawką i postanawia wyjść. Lekarz przypomina, że jest późna noc i że Iwan znajduje się w samej bieliźnie, ale ten próbuje przedrzeć się przez pielęgniarzy, a kiedy nie zostaje przepuszczony, rzuca się głową na zasłonięte okno. Specjalne szkło nawet się nie rysuje, a personel obezwładnia poetę. Lekarz podaje mu zastrzyk, po którym Iwan stopniowo traci siły, ziewa, uspokaja się, kładzie głowę na poduszce i zasypia, mamrocząc jeszcze, że interesuje go teraz wyłącznie Poncjusz Piłat. Zostaje przewieziony do separatki numer sto siedemnaście. Riuchin pyta lekarza, czy Iwan rzeczywiście jest chory. Słyszy o pobudzeniu ośrodków mowy i ruchu, halucynacjach oraz najprawdopodobniej schizofrenii, dodatkowo skomplikowanej alkoholem. Kiedy o świcie Riuchin wraca ciężarówką do Moskwy, nie potrafi przestać myśleć o słowach Bezdomnego. Najbardziej dręczy go nie to, że były obraźliwe, lecz to, że zawierały prawdę. Ma trzydzieści dwa lata i zaczyna bezlitośnie analizować własną przyszłość: będzie przez kolejne lata pisał po kilka wierszy rocznie, lecz nie przyniosą mu one prawdziwej sławy, ponieważ są po prostu złe. Kiedy samochód zatrzymuje się w korku niedaleko pomnika Puszkina, Riuchin kieruje swoją frustrację ku stojącemu na cokole poecie. Nie przeżywa wzniosłego olśnienia, lecz z goryczą i zazdrością rozważa jego nieśmiertelność, twierdząc w myślach, że Puszkin miał po prostu szczęście, a nawet postrzał w pojedynku ostatecznie przyczynił się do jego sławy. Do Gribojedowa wraca wymęczony, rozgoryczony i jakby nagle postarzały. Archibald Archibaldowicz wypytuje go o wydarzenia w klinice, ale Riuchin szybko zauważa, że kierownik restauracji w istocie wcale nie interesuje się losem Iwana. Przerywa więc opowieść, prosi o wódkę i niedługo później samotnie pije kieliszek za kieliszkiem, całkowicie przekonany, że w jego życiu niczego nie da się już naprawić i pozostaje mu jedynie zapomnienie.

Rozdział 7. „Fatalne mieszkanie”

Następnego ranka Stiepan Bogdanowicz Lichodiejew, dyrektor teatru Varietes, budzi się w tak fatalnym stanie po poprzednim wieczorze, że narrator stwierdza, iż gdyby ktoś zagroził mu rozstrzelaniem za niewstanie z łóżka, Stiopa najprawdopodobniej odpowiedziałby, żeby go rozstrzelano, ponieważ za nic nie zdoła się podnieść. Każda próba otwarcia oczu wywołuje potworny ból, w głowie rozbrzmiewa jakby wielki dzwon, jest mu niedobrze i ledwie potrafi odtworzyć wydarzenia poprzedniej nocy. Pamięta właściwie tylko tyle, że stał gdzieś z serwetką w ręku i usiłował pocałować nieznajomą kobietę, której zapowiadał wizytę następnego dnia w południe. Nie wie natomiast, co to była za kobieta, jaki jest dzień ani nawet gdzie się znajduje. Po ogromnym wysiłku rozpoznaje w końcu własną sypialnię w mieszkaniu numer pięćdziesiąt, które do tej pory dzielił z Berliozem. Narrator przy okazji przypomina historię tego lokalu, od dawna cieszącego się wątpliwą sławą. Dwa lata wcześniej jego właścicielką była wdowa po jubilerze Anna de Fougerais, która wynajmowała część pomieszczeń sublokatorom, lecz kolejni mieszkańcy zaczęli w niewytłumaczalny sposób znikać. Później wprowadził się tam Berlioz z żoną oraz Stiopa ze swoją małżonką i w ciągu miesiąca zniknęły również obie kobiety, choć narrator zaznacza, że nie całkowicie bez wieści: o żonie Berlioza mówiono, że widziano ją w Charkowie z baletmistrzem, natomiast żona Stiopy miała przebywać na Bożedomce, gdzie dyrektor podobno załatwił jej pokój pod warunkiem, że nie wróci więcej na Sadową. Obecnie Stiopa próbuje wzywać służącą Grunię, ale nikt nie odpowiada, podobnie jak nie odpowiada Berlioz. Kiedy wreszcie otwiera oczy i spogląda w lustro, obok własnej opuchniętej, zarośniętej twarzy dostrzega nieznajomego mężczyznę ubranego na czarno i w czarnym berecie. Gość oznajmia uprzejmie, że od godziny czeka na przebudzenie dyrektora, ponieważ spotkanie wyznaczono na dziesiątą, a jest już jedenasta. Stiopa nie potrafi przypomnieć sobie ani rozmówcy, ani umówionego spotkania. Nieznajomy zauważa stan gospodarza i proponuje stare lekarstwo na kaca: dwie wódki z gorącą i pikantną zakąską. Na niewielkim stoliku rzeczywiście znajduje się znakomicie przygotowany zestaw z białym pieczywem, prasowanym kawiorem, marynowanymi borowikami, parówkami w sosie pomidorowym oraz lodowato zimną wódką. Po wypiciu Stiopa zaczyna stopniowo odzyskiwać zdolność myślenia i przypomina sobie część poprzedniego dnia: pobyt w podmiejskiej willi autora skeczów Chustowa, taksówkę złapaną pod „Metropolem”, patefon, wyjące psy oraz nieznajomą kobietę, którą próbował pocałować. Nadal jednak jest absolutnie przekonany, że nie widział człowieka siedzącego teraz w jego sypialni. Gość przedstawia się więc jako profesor czarnej magii Woland i szczegółowo wyjaśnia, że poprzedniego dnia przyjechał do Moskwy, zjawił się u Stiopy i zaproponował występy w Varietes. Według jego relacji dyrektor zadzwonił do odpowiedniej komisji, uzgodnił sprawę, podpisał kontrakt na siedem koncertów za trzydzieści pięć tysięcy rubli, a Woland otrzymał już dziesięć tysięcy zaliczki. Stiopa niczego takiego nie pamięta, ale na dokumencie znajduje własny podpis, adnotację Rimskiego zatwierdzającą wypłatę oraz pokwitowanie Wolanda. Przerażony możliwością poważnych zaburzeń pamięci idzie do telefonu. Po drodze widzi wielką lakową pieczęć na drzwiach gabinetu Berlioza, co natychmiast wywołuje u niego kolejne nieprzyjemne wspomnienia związane z niedawno przekazanym Berliozowi bezwartościowym artykułem oraz pewną zbędną rozmową z kwietnia. Telefonuje do Rimskiego, ostrożnie pytając o dzisiejszy występ Wolanda, i słyszy, że afisze zaraz będą gotowe. Tym samym wersja cudzoziemca zostaje po raz kolejny potwierdzona. Kiedy Stiopa wraca do sypialni, w lustrze widzi najpierw długiego, kraciastego osobnika w binoklach, a następnie ogromnego czarnego kota. Woła Grunię, lecz Woland spokojnie odpowiada, że wysłał ją do Woroneża, ponieważ skarżyła się na odebrany urlop. W sypialni profesor nie jest już sam. W jednym fotelu siedzi kraciasty człowiek z pierzastymi wąsikami i uszkodzonymi binoklami, a na pufie po dawnej właścicielce rozłożył się ogromny czarny kot, trzymający w jednej łapie kieliszek wódki, w drugiej zaś widelec z marynowanym grzybem. Woland tłumaczy, że to jego świta i że potrzebuje dla niej miejsca, dlatego najwyraźniej ktoś w mieszkaniu jest zbędny. Korowiow natychmiast wskazuje na Stiopę, zarzucając mu, że ostatnio wyjątkowo źle się prowadzi: pije, wykorzystuje stanowisko do romansów, właściwie nic nie robi i nie zna się na swojej pracy, a jedynie mydli oczy zwierzchnikom. Behemot dodaje, że dyrektor bez skrupułów korzysta ze służbowego samochodu. Właśnie wtedy z tafli lustra wychodzi jeszcze jeden członek świty, mały, o nieprawdopodobnie szerokich ramionach, w meloniku, z wystającym z ust kłem deformującym twarz i płomiennie rudymi włosami. Jest to Asasello. Nie pojawia się tutaj jeszcze żadna informacja o bielmie na jego oku. Rudy człowiek stwierdza, że zupełnie nie rozumie, jak Stiopa mógł zostać dyrektorem, ponieważ jest z niego taki dyrektor, jak z Asasella arcybiskup. Następnie pyta Wolanda, czy można przepędzić gospodarza z Moskwy, a Behemot natychmiast ryczy „Won!”. Sypialnia zaczyna wirować, Stiopa uderza głową o framugę i traci przytomność, przekonany, że umiera. Nie umiera jednak. Kiedy ponownie otwiera oczy, siedzi na kamiennym końcu mola, słyszy szum morza, widzi błękitne niebo oraz białe miasto rozrzucone po wzgórzach. Podchodzi do stojącego na molo palacza i błaga, aby powiedział mu, gdzie się znalazł. Mężczyzna odpowiada: „Jałta”. Stiopa cicho wzdycha, przewraca się na bok, uderza głową o nagrzane kamienie i ponownie traci świadomość.

Rozdział 8. „Pojedynek profesora z poetą”

Dokładnie w chwili, gdy Stiopa traci przytomność w Jałcie, około wpół do dwunastej, Iwan Bezdomny budzi się po długim, głębokim śnie w klinice. Przez chwilę nie może zrozumieć, gdzie się znajduje, lecz szybko przypomina sobie poprzednią noc. Śmierć Berlioza nie wywołuje już jednak tak gwałtownej reakcji jak wcześniej, ponieważ poeta jest wyspany, spokojniejszy i myśli znacznie jaśniej. Zaczyna oglądać niezwykłe wyposażenie pokoju. Naciska przycisk przy łóżku, spodziewając się dzwonka, tymczasem w jego nogach zapala się obracający cylinder z napisami pozwalającymi wzywać różne osoby i zgłaszać potrzeby. Wchodzi pulchna, sympatyczna pielęgniarka, odsłania zasłony, pokazując taras, rzekę i sosnowy las na drugim brzegu, a następnie prowadzi Iwana do znakomicie wyposażonej łazienki. Po kąpieli poeta dostaje świeżą bieliznę, skarpetki i piżamę, potem zostaje zaprowadzony do pomieszczenia, które w myślach nazywa „kuchnią-laboratorium” z powodu licznych narzędzi, urządzeń, lamp i szklanych naczyń. Trzy osoby w bieli rozpoczynają szczegółowy wywiad. Iwan początkowo rozważa trzy możliwości zachowania się: zniszczyć aparaturę, żeby zamanifestować protest, opowiedzieć od razu o konsultancie i Poncjuszu Piłacie albo zachować wyniosłe milczenie. Odrzuca pierwszą możliwość, ponieważ rozumie, że tylko utwierdziłby personel w przekonaniu o własnym szaleństwie, druga również wydaje mu się niekorzystna po doświadczeniach poprzedniej nocy, dlatego próbuje milczeć. Nie udaje mu się jednak uniknąć odpowiedzi. Jest wypytywany niemal o całe dotychczasowe życie, rodzinę, choroby, krewnych i najdrobniejsze szczegóły biograficzne, później zaś przechodzi badania fizyczne, mierzenie temperatury i tętna, kontrolę oczu i odruchów, pobieranie krwi oraz inne zabiegi. Personel prosi także o opis wydarzeń na Patriarszych Prudach i nawet informacja o Poncjuszu Piłacie nie wywołuje widocznego zdziwienia. Po zakończeniu badań Iwan wraca do pokoju, dostaje śniadanie i postanawia zaczekać na osobę najważniejszą w całej instytucji, licząc, że od niej uzyska sprawiedliwość. Niedługo później rzeczywiście przychodzi grupa lekarzy, na której czele znajduje się około czterdziestopięcioletni, starannie wygolony mężczyzna o miłych, ale bardzo przenikliwych oczach. Sposób, w jaki otoczenie okazuje mu szacunek, sprawia, że Iwan mimowolnie porównuje jego wejście do pojawienia się Poncjusza Piłata. Przybysz przedstawia się jako doktor Aleksander Nikołajewicz Strawiński. Otrzymuje dokumentację Iwana i rozmawia krótko z pozostałymi lekarzami w języku niezrozumiałym dla pacjenta. Iwan wychwytuje jednak słowo „schizofrenia” i przypomina sobie, że dokładnie to samo słowo wypowiedział poprzedniego dnia cudzoziemiec na Patriarszych Prudach. Strawiński pyta następnie Iwana, czy jest poetą. Bezdomny odpowiada twierdząco, ale po raz pierwszy w życiu odczuwa nagle niewytłumaczalny wstręt do poezji, a jego własne wiersze wydają mu się czymś niesympatycznym. Na tym etapie nie składa jednak żadnej obietnicy, że przestanie je pisać. Rozmowa przechodzi do wydarzeń poprzedniego wieczoru. Iwan szczegółowo opowiada o tajemniczym cudzoziemcu, jego wcześniejszej wiedzy o śmierci Berlioza, Annuszce, Poncjuszu Piłacie, kraciastym towarzyszu i ogromnym kocie. Strawiński słucha spokojnie i upewnia się, że pacjent domaga się natychmiastowego aresztowania profesora. Iwan mówi również, że chce wyjść z kliniki i osobiście zająć się sprawą. Strawiński deklaruje więc, że wypuści go natychmiast, jeśli poeta po prostu powie, że jest normalny. Iwan po namyśle stanowczo potwierdza. Wtedy profesor zaczyna prowadzić rozmowę czysto logicznie. Wylicza wszystkie działania Iwana z poprzedniej nocy: przypięcie świętego obrazka, upadek z ogrodzenia, wejście do restauracji w samej bieliźnie ze świecą, pobicie człowieka, telefoniczne żądanie karabinów maszynowych oraz próbę wyskoczenia przez okno. Pyta, czy są to rozsądne sposoby chwytania przestępcy. Kiedy Iwan odpowiada, że po wyjściu uda się prosto na milicję, Strawiński zwraca jego uwagę na to, że nie zamierza nawet najpierw wrócić do domu po ubranie, więc pojawi się tam w kalesonach i zacznie opowiadać o osobistym znajomym Poncjusza Piłata. Profesor przewiduje, że w takiej sytuacji poeta zostanie po prostu ponownie przewieziony do kliniki i trafi do dokładnie tego samego pokoju. Ta argumentacja łamie opór Iwana, który po raz pierwszy pyta nieśmiało, co wobec tego powinien zrobić. Strawiński odpowiada, że pacjent jest wyczerpany i potrzebuje przede wszystkim absolutnego spokoju, a sprawą konsultanta nie musi zajmować się osobiście. Powinien na piśmie przedstawić wszystkie swoje podejrzenia i zarzuty, a dokument zostanie przekazany odpowiednim ludziom; jeżeli rzeczywiście chodzi o przestępcę, sprawa może zostać szybko wyjaśniona. Profesor radzi także, by Iwan jak najmniej przemęczał się myśleniem o Poncjuszu Piłacie i nie przyjmował bezkrytycznie wszystkiego, co usłyszał. Poeta uznaje rozwiązanie za rozsądne, prosi o papier i ołówek i zgadza się pozostać w klinice. Strawiński kończy rozmowę, zapewniając, że tutaj Iwanowi pomogą, że znajdzie ciszę i spokój. Po wyjściu lekarza poeta zostaje sam w pokoju, za którego oknem w południowym słońcu widać rzekę i wiosenny las.

Rozdział 9. „Głupie dowcipy Korowiowa”

Nikanor Iwanowicz Bosy, prezes spółdzielni mieszkaniowej zarządzającej domem numer 302-A przy ulicy Sadowej, ma od poprzedniej nocy ogromne kłopoty związane ze śmiercią Berlioza. O północy przyjechała komisja, w której znajdował się między innymi Żełdybin, zawiadomiła Bosego o śmierci prezesa Massolitu i razem z nim udała się do mieszkania numer pięćdziesiąt. Tam opieczętowano rękopisy oraz pozostałe rzeczy Berlioza, którego trzy pokoje, dawny gabinet jubilerowej, salon i jadalnia, zostały przekazane do dyspozycji spółdzielni do czasu odnalezienia spadkobierców. Ani Gruni, dochodzącej służącej, ani Stiopy Lichodiejewa wtedy w mieszkaniu nie zastano. Wiadomość o zwolnieniu części lokalu rozchodzi się po domu z niezwykłą szybkością i już od siódmej rano telefon w mieszkaniu Bosego właściwie nie przestaje dzwonić, a wkrótce zaczynają przychodzić osobiście mieszkańcy zainteresowani pokojami po Berliozie. W ciągu dwóch godzin prezes otrzymuje około trzydziestu dwóch podań, w których znajdują się błagania, groźby, skargi, donosy, obietnice wykonania remontu na własny koszt, opisy nieznośnej ciasnoty i niemożności dalszego mieszkania z określonymi osobami, dwie zapowiedzi samobójstwa, informacja o potajemnej ciąży, a nawet dramatyczny opis kradzieży pierożków ze wspólnego mieszkania. Bosego łapie się za guzik, bierze na bok, składa obietnice i daje do zrozumienia, że przysługa związana z lokalem nie zostałaby zapomniana. Około pierwszej Nikanor Iwanowicz nie wytrzymuje i ucieka z własnego mieszkania do biura zarządu przy bramie, ale również tam czekają na niego interesanci, dlatego po ponownej ucieczce i zgubieniu osób idących jego śladem przechodzi przez podwórko i kieruje się do mieszkania numer pięćdziesiąt, chcąc osobiście uporządkować sprawy zwolnionego lokalu.

Na czwartym piętrze Bosy wielokrotnie dzwoni, lecz nikt mu nie otwiera, dlatego w końcu korzysta z należących do zarządu zapasowych kluczy. W przedpokoju woła Grunię, ale nie otrzymuje odpowiedzi. Następnie wyciąga calówkę, zrywa pieczęć z drzwi gabinetu Berlioza i wchodzi do środka, gdzie natychmiast staje jak wryty, ponieważ przy biurku zmarłego siedzi długi, chudy mężczyzna w kraciastej marynarce, dżokejce i binoklach, czyli ten sam osobnik, który pojawiał się już przy Wolandzie. Nieznajomy wita prezesa z przesadną serdecznością i natychmiast próbuje prowadzić rozmowę w swoim charakterystycznym, pełnym absurdalnych dygresji stylu. Bosy żąda nazwiska i wyjaśnienia, dlaczego człowiek znajduje się w zapieczętowanym pokoju. Mężczyzna odpowiada, że można przyjąć, iż nazywa się Korowiow, a na kolejne pytania o swój status zaczyna mówić o względności tego, co urzędowe i nieurzędowe. Bosy, który z natury jest podejrzliwy i dość gburowaty, coraz wyraźniej uważa rozmówcę za osobę niepewną. Korowiow wreszcie przedstawia się jako tłumacz zagranicznego artysty przebywającego właśnie w mieszkaniu. Wyjaśnia, że profesor Woland został zaproszony przez dyrektora Varietes Stiepana Lichodiejewa i ma podczas tygodniowego pobytu w Moskwie korzystać z gościny gospodarza mieszkania. Według tłumacza Stiopa jeszcze poprzedniego dnia napisał do Bosego pismo z prośbą o czasowe zameldowanie cudzoziemca, zanim sam wyjechał do Jałty. Nikanor Iwanowicz stanowczo odpowiada, że żadnego takiego listu nie dostał, lecz Korowiow proponuje, aby dokładnie przeszukał własną teczkę. Ku zdumieniu prezesa pismo rzeczywiście się w niej znajduje. Bosy nie jest w stanie przypomnieć sobie, w jaki sposób dokument tam trafił, a Korowiow natychmiast tłumaczy wszystko roztargnieniem, przemęczeniem i wysokim ciśnieniem. Na pytanie o Stiopę odpowiada natomiast, że dyrektor już wyjechał i znajduje się obecnie „diabli wiedzą gdzie”. Bosy chce zobaczyć Wolanda osobiście, ale Korowiow oznajmia, że jest to niemożliwe, ponieważ artysta właśnie tresuje kota, choć samego kota może prezesowi zaprezentować. Nikanor Iwanowicz rezygnuje z tego pomysłu.

Korowiow przedstawia wówczas propozycję, która mimo podejrzliwości prezesa od razu wydaje mu się korzystna. Woland nie chce mieszkać w hotelu, jest przyzwyczajony do życia na wysokim poziomie i chętnie wynająłby na cały tydzień nie tylko część mieszkania należącą do Stiopy, lecz także trzy pokoje po zmarłym Berliozie. Korowiow zwraca uwagę, że nieboszczykowi mieszkanie nie jest już do niczego potrzebne, natomiast spółdzielnia mogłaby osiągnąć znaczny zysk, szczególnie że artysta ma być milionerem. Bosy przypomina, że cudzoziemcy zazwyczaj mieszkają w hotelach, lecz Korowiow przedstawia Wolanda jako człowieka wyjątkowo kapryśnego, który hoteli nie znosi. Prezes nadal odczuwa niepokój związany z zachowaniem tłumacza, jego strojem i absurdalnymi binoklami, ale jednocześnie wie, że spółdzielnia ma poważny deficyt i przed zimą musi zdobyć pieniądze na ropę do centralnego ogrzewania, dlatego finansowa strona propozycji jest wyjątkowo kusząca. Oświadcza jednak, że najpierw musi porozumieć się z biurem turystyki zagranicznej. Korowiow z entuzjazmem prowadzi go do telefonu i nakłania do natychmiastowego załatwienia formalności. Ku zdumieniu Bosego cała sprawa zostaje uzgodniona niemal natychmiast, ponieważ w biurze turystycznym już wiedzą, że Woland chce zatrzymać się w prywatnym mieszkaniu, i nie widzą w tym żadnego problemu. Bosy proponuje pięćset rubli dziennie, czyli trzy i pół tysiąca za tydzień, lecz Korowiow zamiast się targować radzi mu zażądać pięciu tysięcy, zapewniając, że dla cudzoziemca nie są to żadne pieniądze. W gabinecie Berlioza błyskawicznie sporządza umowę w dwóch egzemplarzach, zanosi je do sypialni i wraca już z podpisem Wolanda. Nikanor Iwanowicz także podpisuje dokument i wypisuje pokwitowanie na pięć tysięcy rubli, a Korowiow wykłada na stół pięć nowych paczek banknotów. Bosy dokładnie przelicza pieniądze, zabiera także paszport cudzoziemca potrzebny do zameldowania oraz umowę, po czym nieśmiało prosi o dwa bilety na występ Wolanda, dla siebie i żony Pelagii Antonowny. Korowiow bez problemu wypisuje odpowiednią karteczkę na dwa miejsca w pierwszym rzędzie.

Na tym jednak transakcja się nie kończy. Wręczając Bosému kartkę dotyczącą biletów, Korowiow wciska mu w drugą dłoń grubą paczkę pieniędzy. Prezes czerwienieje i zaczyna protestować, twierdząc, że przyjmowanie takich pieniędzy jest zakazane i „nie uchodzi”, lecz tłumacz przekonuje go szeptem, że zagraniczny artysta uznałby odmowę za obrazę, a poza tym nie ma przecież żadnych świadków. Jak Bosy będzie później utrzymywał, paczka jakby sama wślizguje się do jego teczki. Nikanor Iwanowicz wychodzi z mieszkania oszołomiony, ale częściowo zadowolony, rozmyślając jednocześnie o willi Wolanda w Nicei, tresowanym kocie, biletach dla Pelagii Antonowny i całej korzystnej transakcji. Dopiero na schodach zaczyna go dręczyć konkretna myśl: skoro drzwi gabinetu Berlioza były opieczętowane, to w jaki sposób Korowiow w ogóle dostał się do środka i dlaczego on sam nawet o to nie zapytał. Po krótkim namyśle postanawia jednak nie męczyć się tak skomplikowanymi zagadnieniami. W mieszkaniu tymczasem Woland, którego głos dobiega z sypialni, mówi, że prezes mu się nie spodobał, ponieważ jest szubrawcem i krętaczem, i pyta, czy da się sprawić, żeby więcej tu nie przychodził. Korowiow odpowiada już zupełnie innym, czystym i dźwięcznym głosem, że wystarczy rozkaz, po czym natychmiast idzie do telefonu. Przedstawiając się płaczliwym tonem jako Timofiej Kwascow z mieszkania numer jedenaście, zawiadamia odpowiednie osoby, że Nikanor Iwanowicz Bosy spekuluje walutą, a w przewodzie wentylacyjnym w toalecie mieszkania numer trzydzieści pięć ukrywa właśnie czterysta dolarów. Błaga jednocześnie o zachowanie jego nazwiska w tajemnicy, tłumacząc się strachem przed zemstą prezesa.

Tymczasem Bosy rzeczywiście wraca do swojego mieszkania i zamyka się w toalecie. Wyciąga otrzymaną od Korowiowa paczkę, sprawdza, że zawiera czterysta rubli, zawija ją w gazetę i chowa w przewodzie wentylacyjnym. Pięć minut później siedzi już przy stole w niewielkiej jadalni, gdzie Pelagia Antonowna podaje mu pokrojonego śledzia posypanego szczypiorkiem. Nikanor Iwanowicz wypija dwa kieliszki wódki, nabiera na widelec kilka kawałków ryby i przygotowuje się do barszczu, w którym znajduje się szczególnie kusząca kość szpikowa, gdy rozlega się dzwonek do drzwi. Prezes, przekonany, że znowu przyszli ludzie w sprawie mieszkania, nakazuje żonie nikogo nie wpuszczać, lecz do jadalni po chwili wchodzą dwaj obcy mężczyźni, a Pelagia Antonowna jest śmiertelnie blada. Jeden z przybyszy pyta uprzejmie o toaletę. Nikanor Iwanowicz natychmiast upuszcza łyżkę. Drugi mężczyzna wchodzi na taboret, sięga ręką do przewodu wentylacyjnego i wyciąga ukrytą paczkę. Po rozwinięciu gazety okazuje się jednak, że nie ma tam rubli, lecz czterysta dolarów. Bosy początkowo krzyczy, że pieniądze zostały podrzucone przez wrogów, a kiedy zostaje zapytany o resztę, przysięga, że niczego więcej nie ma. Rzuca się do komody po teczkę, chcąc pokazać umowę, list Stiopy, paszport Wolanda i pozostałe dokumenty świadczące o transakcji, lecz po otwarciu odkrywa, że teczka jest całkowicie pusta, poza pozostawioną w niej calówką. W panice zaczyna krzyczeć o Korowiowie, bandycie w binoklach, i o sile nieczystej, która zagnieździła się w domu. Pelagia Antonowna, zamiast poprzeć męża, woła, żeby się przyznał, ponieważ wtedy krócej będzie siedział, co wywołuje jeszcze większą wściekłość Bosego. Ostatecznie prezes opada z sił i poddaje się temu, co uważa za nieuniknione. Na klatce schodowej wszystkiemu przysłuchuje się przez dziurkę od klucza ciekawski Timofiej Kwascow. Po kilku minutach mieszkańcy widzą, jak Bosy, blady, chwiejny i mamroczący pod nosem, opuszcza dom w towarzystwie dwóch mężczyzn. Około godzinę później do mieszkania numer jedenaście przychodzi nieznany obywatel, wywołuje Kwascowa na korytarz, mówi mu coś cicho i zabiera go ze sobą; Kwascow znika razem z nim. Na tym kończy się rozdział.

Rozdział 10. „Wieści z Jałty”

W tym samym czasie, kiedy nieszczęście spada na Nikanora Bosego, w pobliskim teatrze Varietes w gabinecie dyrektora finansowego Grigorija Daniłowicza Rimskiego przebywają Rimski oraz administrator Iwan Sawieliewicz Warionucha. Gabinet mieści się na pierwszym piętrze, dwa okna wychodzą na Sadową, trzecie na letni ogródek z bufetami, strzelnicą i estradą, a wewnątrz poza biurkiem znajdują się stare afisze, niewielki stolik, fotele, makieta dawnej dekoracji oraz sfatygowana kasa pancerna. Rimski od rana jest w fatalnym humorze, ponieważ Stiopa Lichodiejew zapowiedział, że przyjdzie do pracy mniej więcej pół godziny po telefonie wykonanym około jedenastej, a tymczasem jest już po drugiej i dyrektor zniknął bez śladu. Warionucha, przeciwnie, jest wyjątkowo aktywny i ożywiony, choć znaczną część energii poświęca ukrywaniu się przed ludźmi domagającymi się darmowych wejściówek; kiedy telefonuje ktoś chcący rozmawiać właśnie z nim, administrator bez skrupułów odpowiada, że Warionuchy nie ma w teatrze. Do gabinetu zostaje przyniesiona paczka świeżo wydrukowanych afiszy reklamujących profesora Wolanda oraz „seanse czarnej magii i jej całkowite zdemaskowanie”. Warionucha jest zachwycony reklamą i uważa pomysł demaskowania za szczególnie atrakcyjny, Rimski natomiast od początku odnosi się do całego przedsięwzięcia z niechęcią. Żaden z nich nie widział samego Wolanda. Wiedzą tylko, że poprzedniego dnia Stiopa przybiegł z przygotowaną umową, polecił ją przepisać i zatwierdzić wypłatę pieniędzy, a później zagraniczny artysta zniknął. Warionucha ponownie próbuje telefonować do mieszkania Lichodiejewa, ale nikt nie odpowiada. W żartach sugeruje nawet, że Stiopa mógł podobnie jak Berlioz wpaść pod tramwaj, na co Rimski mruczy, że nie byłoby to najgorsze rozwiązanie.

Do gabinetu wchodzi kobieta roznosząca telegramy i wręcza Warionusze pilną depeszę z Jałty. Wynika z niej, że o wpół do dwunastej w tamtejszym komisariacie pojawił się szatyn w nocnej koszuli, spodniach i bez butów, zachowujący się jak człowiek obłąkany i podający się za dyrektora Varietes Lichodiejewa. Jałtańska milicja prosi o informację, gdzie naprawdę znajduje się dyrektor. Warionucha natychmiast uznaje człowieka za samozwańca i wysyła odpowiedź, że Lichodiejew znajduje się w Moskwie. Kontynuuje telefoniczne poszukiwania Stiopy, lecz chwilę później ta sama doręczycielka przynosi kolejny telegram. Tym razem nadawca błaga o wiarę, twierdząc, że został przeniesiony do Jałty wskutek hipnozy Wolanda, i prosi o potwierdzenie tożsamości. Rimski i Warionucha są całkowicie zdezorientowani. Rimski przypomina, że rozmawiał ze Stiopą telefonicznie po jedenastej, więc fizyczne pojawienie się go o wpół do dwunastej w Jałcie wydaje się niemożliwe. Warionucha początkowo uważa, że nadawca jest pijany lub że ktoś urządza wyjątkowo skomplikowany żart, ale obaj zaczynają się zastanawiać, skąd człowiek na Krymie zna nazwisko Wolanda, który dopiero poprzedniego dnia pojawił się w Moskwie. Administrator kontaktuje się z biurem turystyki zagranicznej i dowiaduje się, że Woland rzeczywiście zatrzymał się u Lichodiejewa. Następnie dzwoni do mieszkania, lecz nikt nie odpowiada, a w słuchawce poza sygnałami słyszy jedynie oddalony śpiew, który bierze za przypadkowo włączoną transmisję radiową.

Po chwili doręczycielka wraca po raz trzeci, tym razem z fotograficznym arkuszem, na którym znajduje się próbka pisma oraz podpis Stiopy i prośba o telegraficzne potwierdzenie charakteru pisma oraz objęcie Wolanda obserwacją. Rimski zamyka gabinet i dokładnie porównuje nadesłany materiał z wcześniejszymi notatkami oraz podpisami dyrektora. Zarówno on, jak i Warionucha nie mają wątpliwości, że pismo jest autentyczne. W Rimskim narasta lęk, natomiast administrator biega po pomieszczeniu, rozkłada ręce, pije wodę i powtarza, że niczego nie rozumie. Dyrektor próbuje logicznie wyjaśnić rzecz niewytłumaczalną. Wyobraża sobie Stiopę podróżującego superszybkim samolotem, oblicza odległość pomiędzy Moskwą a Jałtą, przypomina godzinę telefonicznej rozmowy i stwierdza, że nawet przy najbardziej absurdalnych założeniach samolot musiałby osiągnąć około dwunastu tysięcy kilometrów na godzinę. Rozważa hipnozę, ale odrzuca ją, ponieważ może ona co najwyżej sprawić, że Stiopie wydaje się, iż przebywa w Jałcie, nie tłumaczy natomiast telegramów wysyłanych przez tamtejszą milicję. Próba połączenia telefonicznego z Jałtą kończy się niepowodzeniem z powodu awarii linii. Rimski wysyła więc pilny telegram, w którym potwierdza charakter pisma, informuje o telefonicznej rozmowie ze Stiopą w Moskwie około wpół do dwunastej i zawiadamia, że podjął działania w celu objęcia Wolanda obserwacją.

Dyrektor składa wszystkie otrzymane telegramy wraz z kopią własnej depeszy do jednej koperty i poleca Warionusze osobiście dostarczyć ją odpowiednim osobom. Administrator chowa przesyłkę do teczki, lecz na wszelki wypadek jeszcze raz telefonuje do mieszkania numer pięćdziesiąt. Tym razem ktoś odbiera. Skrzekliwy, przesadnie uprzejmy głos przedstawia się jako Korowiow, pomocnik i tłumacz Wolanda. Warionucha pyta o Stiopę i słyszy, że dyrektor wyjechał samochodem za miasto, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Administrator natychmiast dochodzi do wniosku, że wyjaśnił zagadkę: Stiopa wcale nie jest w Jałcie na Krymie, ale pojechał do niedawno otwartej restauracji „Jałta” w Puszkino, upił się i stamtąd urządza głupie żarty telegramami. Rimski reaguje wściekłością, choć nadal nie rozumie udziału milicji. Po chwili przychodzi kolejna depesza, w której Lichodiejew dziękuje za potwierdzenie, prosi o natychmiastowe wysłanie pięciuset rubli i zapowiada powrót następnego dnia. Rimski mimo sprzeciwu administratora wyjmuje pieniądze z kasy i poleca wysłać je do Jałty, twierdząc, że środki zapewne wrócą, natomiast Stiopa bardzo drogo zapłaci za swój rzekomy „piknik”. Warionucha ma jak najszybciej dostarczyć przygotowaną kopertę. Schodząc przez teatr, widzi ogromną kolejkę po bilety na występ Wolanda, poleca kasjerce odłożyć trzydzieści najlepszych miejsc i wstępuje jeszcze do własnego gabinetu po czapkę. Właśnie tam odbiera kolejny telefon. Nieznajomy o paskudnym, nosowym głosie nakazuje mu nie zanosić telegramów i nikomu ich nie pokazywać. Administrator najpierw udaje, że nie ma go w teatrze, a następnie wpada w złość, grozi rozmówcy i domaga się numeru telefonu, lecz po drugiej stronie połączenie zostaje przerwane.

Warionucha jest teraz przekonany, że ma do czynienia z bandą chuliganów powiązanych ze zniknięciem Stiopy i zaczyna nawet odczuwać ekscytację na myśl, że to on dostarczy sensacyjne informacje i przyczyni się do schwytania sprawców. Opuszcza budynek bocznym wyjściem. Nad Moskwę nadciąga burza, wiatr uderza go piaskiem w oczy, okna trzaskają, drzewa szumią, a na niebie pojawia się niska, żółtawa chmura. Mimo pośpiechu administrator wstępuje do letniej toalety, żeby sprawdzić, czy monter wykonał jego polecenie i zabezpieczył lampę metalową siatką. Siatka rzeczywiście została założona, ale Warionuchę natychmiast irytują nowe napisy wykonane na ścianach. Zanim zdąży się nimi zająć, słyszy za plecami pytanie, czy jest Iwanem Sawieliewiczem. Odwraca się i widzi niedużego grubasa o twarzy przypominającej kota. Mężczyzna mówi, że bardzo miło go poznać, po czym natychmiast uderza go w ucho tak mocno, że czapka administratora wpada do otworu klozetu i znika. Jednocześnie błyska i grzmi. Chwilę później pojawia się drugi napastnik, niewielki, ale niezwykle szeroki w ramionach, płomiennie rudy, z wystającym kłem i bielmem na jednym oku. Ten uderza Warionuchę w drugie ucho. Rozpoczyna się ulewa. Administrator próbuje zwracać się do napastników najpierw jako do „towarzyszy”, potem „obywateli”, lecz sam dochodzi do wniosku, że żadne z tych określeń do nich nie pasuje. Otrzymuje kolejny cios i zaczyna krwawić z nosa. Kotopodobny napastnik pyta, co ma w teczce, i przypomina, że telefonicznie ostrzegano go przed wynoszeniem telegramów. Rudy, którego nosowy głos Warionucha rozpoznaje jako głos telefonicznego rozmówcy, wyrywa mu teczkę. Obaj chwytają administratora pod ramiona i w czasie gwałtownej burzy ciągną przez zupełnie opustoszałą Sadową do domu numer 302-A, gdzie wnoszą go na czwarte piętro i rzucają na podłogę w przedpokoju mieszkania Stiopy Lichodiejewa.

Napastnicy znikają, a w przedpokoju pojawia się całkowicie naga, rudowłosa dziewczyna o oczach płonących fosforycznym blaskiem. Warionucha natychmiast czuje, że dopiero teraz spotyka go coś naprawdę przerażającego. Dziewczyna podchodzi, kładzie mu ręce na ramionach, a administrator przez całkowicie przemoczoną koszulę czuje, że jej dłonie są zimne jak lód. Kobieta czule proponuje, że go pocałuje, zbliża twarz tak bardzo, iż jej świecące oczy znajdują się tuż przy jego oczach, po czym Warionucha traci przytomność i samego pocałunku już nie czuje. Na tym kończy się rozdział.

Rozdział 11. „Rozdwojenie Iwana”

Podczas gwałtownej burzy Iwan przebywa w swoim pokoju w klinice. Las na drugim brzegu, jeszcze niedawno oświetlony majowym słońcem, znika za zasłoną deszczu, błyskawice rozświetlają pokój, a poeta siedzi na łóżku, cicho płacze i przy każdym uderzeniu pioruna zasłania twarz rękami. Po podłodze walają się zapisane kartki, które wcześniej zdmuchnął wiatr. Próba stworzenia meldunku o tajemniczym konsultancie całkowicie się nie udała. Iwan otrzymał od Praskowii Fiodorowny ogryzek ołówka i papier i początkowo zabrał się do pracy bardzo energicznie, zaczynając od formalnego nagłówka oraz informacji, że poprzedniego wieczoru przyszedł na Patriarsze Prudy z „nieboszczykiem Berliozem”. Natychmiast zauważył jednak absurd takiego sformułowania, ponieważ nieboszczycy nie chodzą na spacery, więc próbował kolejnych wersji: „z M. Berliozem, obecnym nieboszczykiem”, potem „z Berliozem, który wpadł pod tramwaj”. To ostatnie z kolei wymagało wyjaśnienia, że nie chodzi o kompozytora noszącego to samo nazwisko. Poeta przekreśla więc wszystko i postanawia zacząć od najbardziej efektownego szczegółu, czyli kota wsiadającego do tramwaju, lecz stamtąd ponownie przechodzi do odciętej głowy Berlioza, przepowiedni konsultanta, a następnie Poncjusza Piłata. Chcąc, aby całość była przekonująca, zaczyna szczegółowo przytaczać całą historię rzymskiego procuratora, nawet próbuje narysować Piłata i kota stojącego na tylnych łapach, ale każda kolejna strona sprawia, że raport staje się coraz bardziej zagmatwany i niezrozumiały.

Kiedy nad klinikę nadciąga najgwałtowniejsza część burzy, Iwan jest już całkowicie wyczerpany i zaczyna gorzko płakać. Praskowia Fiodorowna widzi jego stan, zasłania okna, zbiera papiery i sprowadza lekarza. Po zastrzyku poeta stopniowo się uspokaja; lekarz zapewnia go, że wszystko minie, odmieni się na lepsze i zostanie zapomniane. Rzeczywiście po pewnym czasie burza przechodzi, las ponownie wyłania się zza rzeki, na niebie pojawia się tęcza, a melancholia zaczyna ustępować. Iwan leży spokojnie do wieczora, później wypija gorące mleko i zauważa, jak radykalnie zmieniły się jego własne myśli. Wielki czarny kot przestaje być szczególnie przerażający, wspomnienie odciętej głowy również traci wcześniejszą intensywność, natomiast klinika wydaje mu się miejscem całkiem przyjemnym, a Strawiński człowiekiem niezwykle mądrym, z którym kontakt daje nawet pewną przyjemność. Wieczorem szpital stopniowo zasypia, personel porusza się coraz ciszej po korytarzach, a Iwan leży, patrzy na światło lampy i księżyc nad lasem i zaczyna dyskutować sam ze sobą.

W jego świadomości pojawiają się jakby dwa sposoby myślenia, dawny i nowy Iwan. Nowy zaczyna pytać, dlaczego właściwie tak bardzo przeżył śmierć Berlioza. Przecież nie był z nim spokrewniony ani szczególnie związany, znał go słabo i wiedział o nim właściwie tylko tyle, że był łysy i bardzo gadatliwy. Zaczyna również zastanawiać się nad własną gwałtowną reakcją wobec tajemniczego profesora. Przyznaje przed sobą, że pogoń przez Moskwę w kalesonach i ze świecą, późniejsza awantura w restauracji i cała histeria wyglądały wyjątkowo głupio. Dawny Iwan protestuje, przypominając, że profesor z góry znał okoliczności śmierci Berlioza, więc trudno było pozostać spokojnym. Nowy jednak odpowiada, że właśnie niezwykłość cudzoziemca powinna była skłonić poetę do zachowania rozsądku i wypytania go o rzeczy naprawdę interesujące, przede wszystkim o dalsze losy Piłata i Ha-Nocri. Zamiast tego Iwan zmarnował możliwość rozmowy na bezsensowną pogoń. Nawet śmierć Berlioza zaczyna przedstawiać sobie z zupełnie innym dystansem: redaktor umarł, lecz miesięcznik przecież nie przestanie przez to wychodzić i pojawi się inny prezes, być może jeszcze bardziej wymowny. Po krótkiej drzemce nowy Iwan pyta starego, na kogo właściwie wyszedł w całej tej historii. Odpowiedzi udziela nagle bas przypominający głos konsultanta, mówiący po prostu, że wyszedł na durnia. Iwan nie obraża się, lecz nawet uśmiecha, po czym zaczyna zapadać w sen. W jego półśnie pojawia się palma na słoniowej nodze i całkiem niegroźny, nawet sympatyczny kot. Wtedy krata balkonu bezszelestnie przesuwa się, w księżycowym świetle pojawia się tajemnicza sylwetka, która grozi Iwanowi palcem, a następnie przykłada go do ust i szepcze: „Cśśś!”. Na tym kończy się rozdział.

Rozdział 12. „Czarna magia oraz jak ją zdemaskowano”

Wieczorne przedstawienie w Varietes trwa już od pewnego czasu. Przed występem Wolanda publiczność ogląda numer rodziny Giugli, w którym niewysoki mężczyzna o malinowym nosie w żółtym meloniku wykonuje akrobacje na dwukołowym rowerze, później na wysokim jednokołowym pojeździe pojawia się pulchna blondynka w stroju usianym srebrnymi gwiazdami, a następnie ośmioletni chłopiec o twarzy staruszka jeździ na niewielkim rowerku z ogromnym klaksonem. Cała trójka popisuje się przy rampie i zatrzymuje w ostatniej chwili przed spadnięciem na orkiestrę, po czym kłania się przy gromkich oklaskach. Rozpoczyna się ostatnia przerwa. Jedyną osobą zupełnie niezainteresowaną przedstawieniem jest Rimski, który siedzi sam w gabinecie i coraz bardziej przejmuje się tym, że do tajemniczego zniknięcia Stiopy dołączyło teraz zniknięcie Warionuchy. Wie, dokąd administrator miał się udać, a mimo to nie wrócił. Rimski przez długi czas nie ma odwagi zadzwonić i sprawdzić, co się stało, a kiedy około dziesiątej wreszcie podnosi słuchawkę, okazuje się, że wszystkie telefony w teatrze przestały działać. Choć sama awaria nie jest zjawiskiem nadprzyrodzonym, dyrektora niepokoi wyjątkowo mocno, a jednocześnie przynosi mu ulgę, ponieważ zwalnia go z konieczności rozmowy. Kiedy sygnał nad sceną oznajmia początek przerwy, goniec informuje, że przyjechał zagraniczny artysta. Wobec nieobecności pozostałych członków kierownictwa Rimski jest zmuszony osobiście udać się za kulisy.

W garderobie Woland pojawia się w niespotykanie długim fraku i małej czarnej maseczce. Towarzyszą mu kraciasty człowiek w pękniętych binoklach oraz ogromny czarny kot, który wchodzi na tylnych łapach i spokojnie siada na kanapie. Rimski próbuje zachowywać uprzejmość, choć obecność nieprzewidzianego w umowie „asystenta” od razu mu się nie podoba. Kiedy pyta o rekwizyty, Korowiow oznajmia, że mają je zawsze przy sobie i na dowód wyciąga zza ucha Behemota złoty zegarek należący do Rimskiego, mimo że jeszcze przed chwilą znajdował się on bezpiecznie w kieszeni kamizelki dyrektora, a dewizka była przewleczona przez dziurkę od guzika. Chwilę później Behemot sam podchodzi do stolika, odtyka karafkę, nalewa sobie wody, wypija ją i ociera wąsy ściereczką do charakteryzacji. Obserwujący artyści są zachwyceni, natomiast Rimski coraz bardziej niespokojny. Po trzecim dzwonku wszyscy udają się na przedstawienie. Na scenę wychodzi konferansjer Żorż Bengalski, tęgi, gładko ogolony mężczyzna w nieco sfatygowanym fraku, znany całej Moskwie. Po nieudanym dowcipie przedstawia Wolanda jako znakomitego zagranicznego artystę, z góry tłumacząc publiczności, że czarna magia oczywiście nie istnieje, a widzowie zobaczą jedynie mistrzowsko wykonane triki, które później zostaną całkowicie zdemaskowane. Woland wchodzi wraz z Korowiowem i kotem, siada w fotelu pojawiającym się na jego polecenie i każe Fagotowi zacząć od czegoś prostego.

Korowiow i Behemot rozpoczynają od talii kart. Fagot wyciąga ją z powietrza, tasuje i rzuca w stronę kota, karty tworzą długą wstęgę, którą Behemot chwyta i odrzuca, po czym Korowiow połyka całość karta po karcie. Następnie oznajmia, że talia znajduje się w siódmym rzędzie w portfelu obywatela Parczewskiego, między banknotem a wezwaniem sądowym dotyczącym zaległych alimentów. Zdumiony Parczewski rzeczywiście znajduje karty. Ktoś z balkonu krzyczy, że jest podstawionym człowiekiem, więc Fagot odpowiada, że w takim razie krytykujący widz również należy do tej samej grupy, ponieważ talia znajduje się właśnie w jego kieszeni. Tym razem w kieszeni odkryte zostaje jednak nie pudełko kart, lecz paczka tysiąca rubli. Widownia zaczyna się coraz bardziej ekscytować, a jeden z mężczyzn prosi, żeby również z nim „zagrać” w taki sposób. Korowiow zgadza się i postanawia objąć numerem wszystkich. Wyciąga pistolet, strzela w górę i spod kopuły zaczynają spadać prawdziwie wyglądające banknoty. Widzowie łapią je, sprawdzają znaki wodne, wąchają charakterystyczny zapach świeżo wydrukowanych pieniędzy i chowają zdobycz. Cały teatr ogarnia podniecenie, ludzie wstają, sięgają po banknoty, nawet artyści wychodzą zza kulis, a dwóch młodych mężczyzn natychmiast idzie do bufetu. Dopiero po chwili Fagot dmucha w powietrze i zatrzymuje pieniężny deszcz.

Bengalski czuje się zobowiązany odzyskać kontrolę nad przedstawieniem. Oznajmia, że publiczność była świadkiem naukowego doświadczenia z masową hipnozą i że za chwilę profesor Woland wyjaśni mechanizm sztuczki, a rzekome banknoty równie szybko znikną. Publiczność reaguje chłodno, natomiast Korowiow głośno nazywa wypowiedź konferansjera zwykłym kłamstwem i zapewnia, że pieniądze są prawdziwe. Następnie mówi, że Bengalski jest wyjątkowo irytujący, ponieważ ciągle wtrąca się w przedstawienie z nieproszonymi komentarzami, i pyta widownię, co należałoby z nim zrobić. Z balkonu ktoś proponuje, aby urwać mu głowę. Korowiow uznaje pomysł za bardzo dobry i rozkazuje Behemotowi działać. Kot rzuca się na Bengalskiego, wskakuje mu na pierś, potem na głowę i dwoma ruchami odrywa ją od karku. Krew tryska na frak, ciało osuwa się na podłogę, a kot podaje głowę Fagotowi. Odcięta głowa nadal żyje, błaga o lekarza i obiecuje, że nie będzie już wygłaszać komentarzy. Z jednej z lóż kobieta zaczyna prosić o litość, do jej głosu dołączają kolejni widzowie. Fagot pyta Wolanda o decyzję. Ten, obserwując reakcję publiczności, mówi, że ludzie pozostają ludźmi, są lekkomyślni, lecz czasami miłosierdzie puka do ich serc, po czym każe przywrócić konferansjerowi głowę. Behemot umieszcza ją dokładnie na dawnym miejscu, nie pozostawiając nawet blizny, a z ubrania Bengalskiego znikają ślady krwi. Korowiow wkłada mu do kieszeni pieniądze i przepędza ze sceny. Fizycznie przywrócony do dawnego stanu konferansjer nie odzyskuje jednak równowagi psychicznej. Wciąż woła, żeby oddano mu głowę, wpada w szał i ostatecznie zostaje zabrany karetką.

Kiedy Rimski wraca na scenę po odprowadzeniu Bengalskiego, Wolanda już nie ma, a publiczność, pochłonięta działalnością Fagota i Behemota, nawet nie zauważyła jego zniknięcia. Korowiow zapowiada „magazyn dla pań”. Scena natychmiast pokrywa się perskimi dywanami, pojawiają się ogromne lustra i witryny wypełnione paryskimi sukniami, kapeluszami, butami, perfumami, torebkami i kosmetykami. Przy witrynach staje rudowłosa kobieta w czarnej sukni wieczorowej, bardzo atrakcyjna poza dziwną blizną na szyi. Fagot ogłasza, że wszystkie obecne kobiety mogą bezpłatnie wymienić stare ubrania i obuwie na francuskie stroje oraz dodatki. Początkowo nikt nie ma odwagi wejść na scenę, ale w końcu z dziesiątego rzędu podchodzi brunetka. Przymierza nowe pantofle, później znika za zasłoną i wychodzi w efektownej sukni, otrzymując dodatkowo flakon perfum. To przełamuje opór widowni. Dziesiątki kobiet zaczynają wdzierać się na scenę, pozostawiają za zasłoną własne ubrania i wychodzą w nowych sukniach, kostiumach, piżamach, kapeluszach oraz butach. Fagot klęka przy klientkach, pomaga przy obuwiu, ruda kobieta posługuje się niemal wyłącznie francuskim, a mimo to wszystkie klientki rozumieją ją bez problemu. Na scenę wchodzi nawet mężczyzna, który twierdzi, że jego żona choruje na grypę, i prosi o prezenty dla niej; otrzymuje dwie pary jedwabnych pończoch oraz szminkę. Wreszcie Korowiow zapowiada zamknięcie magazynu. Po wystrzale wszystko znika, razem z dywanami, lustrami, witrynami, stołkami, zasłonami i ogromną stertą pozostawionych starych ubrań.

Wtedy z loży numer dwa odzywa się Arkadiusz Apołłonowicz Siemplejarow, przewodniczący komisji akustycznej teatrów moskiewskich. Towarzyszą mu żona oraz młoda, atrakcyjna krewna z Saratowa, początkująca aktorka. Siemplejarow domaga się właściwego „zdemaskowania” techniki sztuczek, zwłaszcza numeru z pieniędzmi, a także powrotu Bengalskiego na scenę. Korowiow początkowo odpowiada, że nie ma czego demaskować, lecz kiedy urzędnik nie ustępuje, zgadza się zaprezentować jeszcze jeden numer i niespodziewanie pyta, gdzie Siemplejarow spędził poprzedni wieczór. Jego żona odpowiada wyniośle, że mąż uczestniczył w posiedzeniu komisji akustycznej. Fagot oznajmia jednak, że żadnego posiedzenia nie było, a Siemplejarow wysiadł przed gmachem komisji, odprawił kierowcę, po czym autobusem udał się na ulicę Jełochowską do aktorki rejonowego teatru objazdowego, Milicy Andriejewny Pokobatko, gdzie spędził około czterech godzin. Młoda krewna natychmiast zaczyna się śmiać i stwierdza, że teraz rozumie, dlaczego pozbawiona talentu Pokobatko otrzymała rolę Luizy, po czym uderza Siemplejarowa parasolką. Korowiow triumfalnie oznajmia, że oto przeprowadzono dokładnie takie zdemaskowanie, jakiego urzędnik się domagał. Żona Siemplejarowa rzuca się z kolei na młodą krewną, ta ponownie uderza przewodniczącego, a w loży wybucha awantura. W tym momencie Behemot wskakuje ku rampie i ludzkim głosem ogłasza koniec seansu, polecając dyrygentowi „zasuwać marsza”. Orkiestra zaczyna grać dziki, niezwykle głośny i wulgarnie brzmiący marsz. W całym teatrze powstaje kompletny zamęt, milicjanci biegną w stronę loży, widzowie włażą na krzesła, rozlegają się śmiechy i krzyki. Tymczasem scena okazuje się pusta: Korowiow i Behemot zniknęli dokładnie tak samo, jak wcześniej zniknął Woland. Na tym kończy się rozdział.

Rozdział 13. „Pojawia się bohater”

Tajemniczy człowiek z balkonu wchodzi do pokoju Iwana dopiero po upewnieniu się, że pacjent jest sam. Jest to mniej więcej trzydziestoośmioletni, ciemnowłosy, starannie ogolony mężczyzna o ostrym nosie i wystraszonych, niespokojnych oczach; ma na sobie szpitalną bieliznę, szary szlafrok i pantofle. Z kieszeni chowa pęk kluczy. Wyjaśnia, że miesiąc wcześniej ukradł je roztargnionej Praskowii Fiodorownie, dzięki czemu może otwierać kraty oddzielające poszczególne fragmenty wspólnego balkonu i odwiedzać sąsiadów. Iwan zauważa, że skoro ma klucze, mógłby również uciec, ale przybysz odpowiada, że nie przeszkadza mu wysokość budynku, lecz brak miejsca, do którego miałby wracać. Zanim rozmowa się rozwinie, upewnia się, czy Iwan nie ma ataków agresji, ponieważ sam szczególnie nie znosi krzyków, przemocy i awantur. Poeta przyznaje, że poprzedniej nocy bez wyraźnego powodu uderzył człowieka w restauracji. Gość krytykuje zarówno sam czyn, jak i określenie „przysunąć w mordę”, a następnie radzi, żeby Iwan na zawsze skończył z używaniem pięści. Pyta później o zawód. Kiedy słyszy, że Iwan jest poetą, reaguje rozczarowaniem. Nie czytał żadnych jego utworów, ale na podstawie znajomości innych wierszy zakłada, że są złe. Prosi jednak Iwana, aby sam ocenił własną twórczość. Tym razem poeta bez wahania odpowiada, że jego wiersze są „potworne”. Nieznajomy błaga go więc, aby nigdy więcej ich nie pisał, a Iwan uroczyście przyrzeka i przysięga. Obaj przypieczętowują tę obietnicę uściskiem dłoni. To właśnie tutaj, a nie wcześniej w rozmowie ze Strawińskim, Iwan rzeczywiście deklaruje zakończenie pisania dotychczasowych wierszy.

Kiedy na korytarzu słychać kroki, nieznajomy natychmiast chowa się na balkonie. Praskowia Fiodorowna zagląda do Iwana, pyta o samopoczucie i o to, czy chce spać przy zapalonym świetle. Iwan wybiera światło, pielęgniarka odchodzi, a gość wraca. Informuje poetę, że do pokoju numer sto dziewiętnaście przywieziono nowego pacjenta, grubego człowieka o purpurowej twarzy, który wciąż mówi o dolarach w przewodzie wentylacyjnym, zapewnia, że w jego mieszkaniu przy Sadowej zagnieździła się siła nieczysta, przeklina Puszkina i wykrzykuje nazwisko Kurolesowa. Nieznajomy szybko przestaje jednak interesować się nowym pacjentem i wraca do pytania o to, dlaczego Iwan trafił do kliniki. Poeta odpowiada jednym hasłem: „Poncjusz Piłat”. Reakcja rozmówcy jest natychmiastowa i bardzo gwałtowna. Zapomina o własnej prośbie o ciszę, krzyczy ze zdumienia, a potem błaga Iwana, żeby opowiedział wszystko od początku i nie pomijał żadnych szczegółów. Bezdomny, który niespodziewanie czuje do przybysza zaufanie, zaczyna relacjonować całe wydarzenie na Patriarszych Prudach. Nowy znajomy w przeciwieństwie do lekarzy nie bierze go za wariata, ale słucha z coraz większym zainteresowaniem. Kiedy Iwan dochodzi do sceny pojawienia się Piłata w białym płaszczu z czerwonym podbiciem, gość składa ręce jak do modlitwy i mówi, że wszystko dokładnie przewidział. Przy opisie śmierci Berlioza zauważa ze złością, że żałuje jedynie, iż pod tramwajem nie znalazł się krytyk Łatuński albo Mścisław Laurowicz. Opowieść o Behemocie próbującym kupić bilet do tramwaju bawi go natomiast tak bardzo, że ledwo powstrzymuje śmiech.

Po wysłuchaniu całej historii przybysz oznajmia, że Iwan sam jest częściowo winny temu, co go spotkało, ponieważ wobec niezwykłego cudzoziemca zachowywał się zbyt arogancko i bezceremonialnie; powinien być wdzięczny losowi, że zapłacił za to jedynie pobytem w klinice. Iwan pyta wprost, kim właściwie był profesor. Gość najpierw upewnia się, czy odpowiedź nie wywoła u poety ataku szału, a kiedy Iwan przyrzeka zachować spokój, mówi jednoznacznie, że poprzedniego dnia na Patriarszych Prudach spotkał szatana. Iwan mimo obietnicy jest oszołomiony i początkowo protestuje, że szatan przecież nie istnieje. Rozmówca zauważa ironicznie, że właśnie Iwan, który jest jedną z pierwszych ofiar tajemniczego przybysza i trafił przez niego do kliniki, ma najmniej powodów, by zaprzeczać jego istnieniu. Wyjaśnia również, że już na podstawie opisu wyglądu cudzoziemca i pierwszych jego wypowiedzi rozpoznał, z kim poeta miał do czynienia. Dziwi się przede wszystkim Berliozowi, który był człowiekiem oczytanym i mimo to niczego nie zrozumiał. Wspomina także operę „Faust”, której Iwan, jak się okazuje, nie zna, co wprawia poetę w zakłopotanie. Kiedy pada wreszcie nazwisko „Woland”, Iwan przypomina sobie literę „W” na wizytówce profesora i zaczyna rozumieć, dlaczego cudzoziemiec mógł mówić o osobistej obecności przy Piłacie. Przybysz stwierdza, że obaj znajdują się wprawdzie w zakładzie psychiatrycznym i trzeba przyjąć fakt ich obłędu, lecz jednocześnie to, o czym Iwan opowiada, rzeczywiście się wydarzyło. Woland naprawdę był przy Poncjuszu Piłacie, jadł śniadanie z Kantem, a teraz pojawił się w Moskwie. Gdy stary, impulsywny Iwan ponownie sugeruje konieczność jego schwytania, gość zdecydowanie odradza dalsze próby, twierdząc, że poeta już raz spróbował i powinien wyciągnąć z tego wnioski. Sam natomiast żałuje, że to nie jemu przypadło spotkanie z Wolandem, ponieważ choć wszystko, co posiadał, już spłonęło, za możliwość takiej rozmowy oddałby nawet wszystkie swoje klucze.

Na pytanie, dlaczego spotkanie z Wolandem byłoby dla niego tak ważne, odpowiada, że znalazł się w klinice z tego samego powodu co Iwan, czyli z powodu Poncjusza Piłata. Rok wcześniej napisał bowiem powieść o procuratorze. Gdy Iwan pyta, czy jest pisarzem, rozmówca reaguje niechętnie, a następnie wyciąga z kieszeni bardzo brudną czarną czapeczkę z wyhaftowaną żółtym jedwabiem literą „M”. Zakłada ją i oznajmia, że jest mistrzem. Czapeczkę własnoręcznie uszyła mu pewna kobieta. Nazwiska nie chce podać, ponieważ, jak mówi, już go nie posiada i wyrzekł się go tak samo jak całej reszty dawnego życia. Zaczyna opowiadać swoją historię. Jest z wykształcenia historykiem, pracował wcześniej w jednym z moskiewskich muzeów, zajmował się również przekładami, zna angielski, francuski, niemiecki, łacinę, grekę, a trochę czyta po włosku. Żył samotnie, nie miał krewnych i niemal żadnych znajomych. Pewnego dnia odkrył, że posiadana przez niego obligacja, otrzymana w muzeum, ma numer dokładnie zgodny z numerem opublikowanym w gazecie i że wygrał sto tysięcy rubli. Za te pieniądze kupił wiele książek, opuścił niewielki pokój na Miasnickiej, zrezygnował z pracy w muzeum i wynajął od przedsiębiorcy budowlanego dwa pokoje w suterenie niewielkiego domu stojącego w ogrodzie, w jednym z zaułków w pobliżu Arbatu. Mieszkanie, choć niewielkie, wspomina jako własną spokojną przystań: miało oddzielny przedpokój ze zlewem, małe okna tuż nad chodnikiem, za którymi rosły bez, lipa i klon, piec oraz pokoje wypełnione książkami. Właśnie tam rozpoczął pracę nad powieścią o Poncjuszu Piłacie.

Minionej wiosny, gdy powieść zbliżała się już do końca, wydarzyło się coś, co mistrz uważa za znacznie bardziej niezwykłe od wygrania stu tysięcy rubli. Podczas jednego ze spacerów zauważył kobietę w czarnym płaszczu niosącą bardzo jaskrawe żółte kwiaty. Nie podobały mu się same kwiaty, ale natychmiast zwrócił uwagę na niezwykłą samotność widoczną w oczach kobiety. Skręciła z Twerskiej w pusty, krzywy zaułek i obejrzała się, a mistrz poszedł jej śladem. Przez pewien czas szli po przeciwnych stronach uliczki w milczeniu, aż kobieta pierwsza zapytała, czy podobają mu się jej kwiaty. Odpowiedział, że nie. Na pytanie, czy w ogóle lubi kwiaty, powiedział, że lubi róże. Kobieta uśmiechnęła się i wyrzuciła żółty bukiet do rynsztoka. Mistrz podniósł kwiaty i próbował jej oddać, ale ona ich nie przyjęła; w końcu sama wzięła je z jego ręki i wyrzuciła na jezdnię, po czym wsunęła swoją dłoń w czarnej rękawiczce w jego rękę. Mistrz mówi Iwanowi, że już podczas pierwszej wymiany zdań zrozumiał, iż przez całe życie kochał właśnie tę kobietę. Miłość spadła na nich nagle, porównywana przez niego do ataku mordercy wychodzącego spod ziemi w zaułku albo do uderzenia gromu. Kobieta później twierdziła, że musieli kochać się już wcześniej, zanim się poznali, i że tego dnia wyszła z żółtymi kwiatami właśnie po to, aby mistrz ją odnalazł; gdyby się nie spotkali, jej życie nie miałoby sensu. W tym miejscu mistrz mówi Iwanowi, że kobieta „żyła z innym mężczyzną”, sam zaś nagle przypomina sobie, że wcześniej również był żonaty, choć nie potrafi już nawet pewnie przypomnieć sobie imienia swojej dawnej żony. Nie nazywa jeszcze swojej ukochanej żoną innego mężczyzny.

Jeszcze tego samego dnia, już godzinę po spotkaniu, oboje spacerują nad rzeką pod murami Kremla i rozmawiają tak, jakby znali się od wielu lat. Umawiają się na następny dzień i od tej chwili spotykają się regularnie. Mistrz mówi, że kobieta potajemnie stała się jego żoną, codziennie około południa przychodziła do sutereny, podczas gdy on od rana czekał na jej pojawienie się, nasłuchując dźwięku furtki i obserwując przez małe okno jej pantofle. Ich związek pozostaje całkowicie tajny. Nie wie o nim jej mąż ani znajomi, a ludzie z domu mistrza wiedzą jedynie, że odwiedza go jakaś kobieta, nie znają jednak jej imienia. Iwan pyta, kim była, lecz mistrz odmawia odpowiedzi. Opowiada natomiast o ich codziennym życiu. Kobieta po przyjściu wkłada fartuch, przygotowuje jedzenie na prymusie, podczas burz zakochani palą w piecu i pieką w popiele ziemniaki, śmieją się, a po nadejściu lata w ich pokoju pojawiają się róże. Przede wszystkim jednak ukochana całkowicie angażuje się w powstawanie powieści. Czyta wszystkie napisane strony, wraca do ulubionych fragmentów, porządkuje książki, wyciera kurz, przepowiada autorowi sławę i właśnie ona zaczyna nazywać go „mistrzem”. Szyje mu też czarną czapeczkę z literą M. Jest przekonana, że w powieści znajduje się całe jej życie, i z niecierpliwością czeka na ostatnie zdanie o piątym procuratorze Judei.

Powieść zostaje ukończona w sierpniu, a nieznajoma maszynistka przepisuje ją w pięciu egzemplarzach. Mistrz opuszcza wtedy spokojną suterenę i po raz pierwszy próbuje wejść do świata literackiego. Z perspektywy późniejszych wydarzeń mówi Iwanowi, że wyszedł do życia z powieścią w dłoniach i właśnie wtedy jego życie się skończyło. Pierwszy redaktor, któremu przedstawia książkę, zachowuje się w sposób bardzo niepokojący. Zamiast rozmawiać o treści powieści, wypytuje mistrza, kim jest, skąd się pojawił, dlaczego wcześniej o nim nie słyszano i kto podsunął mu pomysł napisania książki o takiej tematyce. Kiedy autor pyta bezpośrednio, czy utwór zostanie opublikowany, redaktor odpowiada, że sam nie może podjąć decyzji i że tekst muszą przeczytać również Łatuński, Aryman i Mścisław Laurowicz. Po dwóch tygodniach mistrz wraca do redakcji. Przyjmuje go sekretarka Łapszennikowa i zwraca zniszczony już rękopis, wyjaśniając, że redakcja ma materiałów na dwa lata do przodu, więc kwestia druku książki odpada. Mistrz próbuje jeszcze walczyć o utwór i chodzi z rękopisem do innych miejsc, lecz jego relacja staje się coraz bardziej chaotyczna. Wkrótce zaczyna się coś znacznie gorszego niż zwykła odmowa publikacji. W gazecie ukazuje się artykuł Arymana ostrzegający czytelników przed człowiekiem próbującym przemycić do prasy apologię Jezusa Chrystusa. Następnego dnia Mścisław Laurowicz domaga się bezlitosnej walki z „piłatyzmem” i jego autorem, później mistrz znajduje jeszcze dwa artykuły, między innymi tekst Łatuńskiego zatytułowany „Starowier wojujący”. Ukochana mistrza pojawia się z mokrymi gazetami i parasolką, wściekła do tego stopnia, że zapowiada otrucie Łatuńskiego.

Po pierwszym okresie zdumienia i gniewu mistrz zaczyna psychicznie się załamywać. Niepowodzenie powieści pozbawia go poczucia celu, żyje już właściwie tylko od spotkania z ukochaną do następnego spotkania, ogarnia go smutek i złe przeczucia. Szczególnie zaczyna bać się ciemności; podczas zasypiania ma wrażenie, że ku jego sercu skradają się zimne macki ośmiornicy, dlatego śpi przy zapalonym świetle. Kobieta również się zmienia, chudnie, blednie, przestaje się śmiać i prosi, aby wybaczył jej to, że nakłaniała go do opublikowania fragmentu powieści. Namawia go, by zostawił wszystko i wyjechał nad Morze Czarne, wykorzystując resztę wygranej. Mistrz, chcąc uniknąć dalszych dyskusji, obiecuje wyjazd. Gdy ukochana postanawia sama kupić mu bilet, autor przekazuje jej wszystkie pozostałe pieniądze, około dziesięciu tysięcy rubli, tłumacząc, że obawia się złodziei i prosi jedynie o ich przechowanie. Kobieta bierze pieniądze, całuje go, zapewnia, że najchętniej nie zostawiłaby go samego w takim stanie, ale musi odejść i przyjdzie następnego dnia.

Jest połowa października. Po jej wyjściu mistrz kładzie się na kanapie i zasypia bez zapalonego światła. Budzi się około drugiej nad ranem w stanie gwałtownego lęku. Ma wrażenie, że jesienna ciemność napiera na szyby i zaraz wleje się do pokoju jak atrament, aby go udusić. Przez chwilę chce pobiec po pomoc do przedsiębiorcy budowlanego mieszkającego wyżej, lecz ostatecznie rozpala piec. Widok ognia trochę go uspokaja. Pije białe wino prosto z butelki i siedząc przy piecu szeptem prosi nieobecną ukochaną, aby domyśliła się, że dzieje się z nim coś złego i przyszła. Gdy nie przychodzi, wyciąga z biurka maszynopis oraz bruliony powieści i zaczyna je palić. Papier pali się trudno, dlatego mistrz rozdziera zeszyty, wciska strony pomiędzy polana i dobija pogrzebaczem fragmenty, które opierają się ogniowi. Obserwuje, jak tekst żółknie, czernieje i znika. Wtedy ktoś zaczyna cicho drapać w szybę. Mistrz biegnie do drzwi i słyszy głos ukochanej. Kobieta wchodzi przemoczona i roztrzęsiona, dostrzega ogień, wyciąga z pieca gołymi rękami ostatni plik jeszcze niecałkowicie spalonych kartek i rzuca go na podłogę. Mistrz gasi płomienie, a ona siada na kanapie i zaczyna spazmatycznie płakać.

Kiedy się uspokaja, mistrz przyznaje, że znienawidził książkę, jest chory i bardzo się boi. Kobieta zapewnia, że go uratuje i że powieść można napisać ponownie. Zaczyna zbierać nadpalone kartki jednego ze środkowych rozdziałów, prostuje je, owija papierem i przewiązuje wstążką. Następnie wyjaśnia, że nie chce już dłużej kłamać. Mogłaby zostać z mistrzem natychmiast, ale nie chce uciec w środku nocy i pozostawić człowieka, który nigdy nie zrobił jej krzywdy, z takim właśnie wspomnieniem. Mężczyzna, z którym żyje, został niespodziewanie wezwany, ponieważ w fabryce wybuchł pożar, ale ma niedługo wrócić. Następnego ranka kobieta zamierza powiedzieć mu prawdę, wyznać, że kocha innego, zakończyć dotychczasowe życie i wrócić do mistrza już na zawsze. Mistrz próbuje ją powstrzymać, tłumacząc, że jego przyszłość jest zła i nie chce, żeby zginęła razem z nim. Kobieta odpowiada, że właśnie zamierza zginąć wraz z nim, i zapewnia, że rano przyjdzie. Mistrz zapamiętuje ją stojącą w drzwiach, ze zdecydowanym spojrzeniem, potarganymi włosami i białym rulonem uratowanych stron. Nie ma siły jej odprowadzić, ponieważ boi się samotnego powrotu, więc kobieta każe mu tylko wytrzymać jeszcze kilka godzin. Są to ostatnie jej słowa, które w tej części relacji słyszy.

Rozmowę mistrza z Iwanem na moment przerywają odgłosy na korytarzu. Mistrz wychodzi na balkon i po powrocie informuje, że do pokoju numer sto dwadzieścia przywieziono kolejnego pacjenta, który nieustannie błaga o zwrot własnej głowy. Później wraca do opowieści, ale dalsze wydarzenia zaczyna szeptać Iwanowi tak cicho, że narrator nie przekazuje ich treści. Czytelnik poznaje tylko pierwsze zdanie: około kwadransa po odejściu ukochanej ktoś zapukał do okna mistrza. To, co nastąpiło później, zna w tym momencie jedynie Iwan. Nie wolno więc uzupełniać tej luki późniejszą wiedzą. Po zakończeniu szeptanej części mistrz przechodzi od razu do połowy stycznia. Jest wtedy ponownie na podwórku przed swoją dawną sutereną, w starym palcie z pourywanymi guzikami, drżący z zimna. Za zasłoniętymi oknami jego dawnych pokojów pali się światło i gra patefon, co oznacza, że mieszka tam już ktoś inny. Mistrz odchodzi na ulicę podczas zamieci. Boi się psa, który wpada mu pod nogi, a później myśli o rzuceniu się pod tramwaj, ale lęk całkowicie nim zawładnął i boi się również tramwaju. Nie ma domu, do którego mógłby wrócić, ani miejsca, do którego chciałby się udać.

Iwan pyta, dlaczego mistrz nie zawiadomił ukochanej, skoro miała jego pieniądze. Mistrz odpowiada, że z pewnością je przechowała, lecz nie wyobraża sobie wysłania do niej listu z domu obłąkanych. Nie chce jej w taki sposób unieszczęśliwiać i ma nawet nadzieję, że o nim zapomniała. Na pocieszenie Iwana, że przecież może wyzdrowieć, odpowiada spokojnie, iż jego przypadek uważa za nieuleczalny, choć przyznaje, że obecnie czuje się znacznie lepiej. Opowiada, w jaki sposób dostał się do kliniki. Wiedział o jej niedawnym otwarciu i postanowił dojść do niej pieszo przez całe miasto, co zimą było bardzo niebezpieczne; kilka kilometrów za miastem spotkał kierowcę zepsutej ciężarówki, który ulitował się nad nim i zabrał go w odpowiednim kierunku. Mistrz odmroził jedynie palce lewej stopy, które później wyleczono. Przebywa w klinice już czwarty miesiąc i nauczył się nie robić wielkich planów. Dawniej chciał przemierzyć cały świat, teraz widzi jedynie niewielki jego fragment zza okna i uważa, że wcale nie jest to najgorsze. Zbliża się lato, balkon ma obrosnąć bluszczem, a skradzione klucze dają mu większą swobodę. Ponieważ jest już po północy, postanawia wrócić do własnego pokoju. Iwan na koniec błaga, aby mistrz opowiedział dalsze losy Jeszui i Piłata, lecz ten stanowczo odmawia. Nie potrafi spokojnie myśleć o swojej powieści i mówi, że tajemniczy znajomy Iwana z Patriarszych Prudów przedstawiłby jej dalszy ciąg znacznie lepiej niż on sam. Żegna poetę, wraca na balkon, krata cicho się zamyka i mistrz znika. 

Rozdział 14. „Chwała kogutowi!”

Po zakończeniu seansu w Varietes Rimski nie wytrzymuje nerwowo i, nie czekając nawet na zakończenie spisywania protokołu dotyczącego wydarzeń na widowni, ucieka do swojego gabinetu. Siada przy biurku i patrzy zaczerwienionymi oczami na znajdujące się przed nim banknoty pochodzące z występu, nie potrafiąc już uporządkować wydarzeń tego dnia. Tymczasem widzowie masowo opuszczają teatr, a niezwykle wyczulony słuch dyrektora finansowego wychwytuje najpierw pojedynczy, potem kolejne milicyjne gwizdki, do których wkrótce dołączają śmiechy, okrzyki i wyzwiska. Rimski natychmiast podejrzewa, że na ulicy wybuchła awantura bezpośrednio związana z seansem Wolanda. Kiedy wygląda przez okno wychodzące na Sadową, przekonuje się, że miał rację. Na chodniku stoi niezwykle zawstydzona kobieta ubrana tylko w halkę i fioletowe reformy, choć zachowała kapelusz i parasolkę; wokół niej zbiera się śmiejący tłum, a jakiś mężczyzna próbuje zdjąć własny płaszcz, zapewne chcąc ją nim osłonić, lecz ze zdenerwowania nie może wyciągnąć ręki z rękawa. Przy drugim wyjściu z teatru znajduje się kolejna kobieta, tym razem w różowej kombinacji, która usiłuje ukryć się przed ludźmi. Ubrania otrzymane podczas „magazynu dla pań” zniknęły więc po opuszczeniu teatru, pozostawiając uczestniczki seansu w bieliźnie. W stronę jednej z kobiet biegnie milicjant, za nim zaś podążają roześmiani młodzi ludzie, natomiast do pierwszej z rozebranych pań podjeżdża dorożkarz. Rimski odskakuje od okna, uderza się pięścią w głowę i przez pewien czas nasłuchuje odgłosów ulicznego zamieszania, które jednak zostaje zaskakująco szybko opanowane. Rozumie, że jako dyrektor finansowy będzie musiał zacząć telefonować, składać wyjaśnienia, informować o wszystkim odpowiednie instytucje i prawdopodobnie przerzucać odpowiedzialność na zaginionego Lichodiejewa. Dwa razy wyciąga rękę po telefon i dwa razy się cofa, aż aparat niespodziewanie dzwoni sam. Po podniesieniu słuchawki Rimski słyszy spokojny, przymilny, lecz jednocześnie odrażający kobiecy głos, który ostrzega go, aby nigdzie nie telefonował, ponieważ „będzie źle”. Połączenie natychmiast się urywa. Dyrektora ogarnia jeszcze większy strach. Patrzy przez okno wychodzące na ogród, widzi księżyc przesuwający się między gałęziami klonu i przez dłuższą chwilę nie potrafi oderwać od tego widoku wzroku. W końcu porzuca myśl o telefonowaniu i zaczyna myśleć jedynie o jak najszybszej ucieczce z teatru, lecz uświadamia sobie, że na całym pierwszym piętrze został już właściwie sam. Sama perspektywa przejścia pustymi korytarzami i zejścia po schodach budzi w nim dziecinny lęk. Chowa do teczki leżące na stole banknoty i usiłuje dodać sobie odwagi kaszlem, który wychodzi jednak słabo i ochryple. Wtedy wydaje mu się, że spod drzwi zaczyna napływać wilgotny zapach zgnilizny. Zegar wybija północ, a chwilę później Rimski słyszy powolne obracanie klucza w zamku. Drzwi otwierają się i do gabinetu wchodzi Warionucha.

Pojawienie się administratora początkowo przynosi Rimskiemu ulgę, ponieważ wydaje się, że przynajmniej jedna z tajemnic tego dnia właśnie się wyjaśni, szybko jednak zaczyna dostrzegać w zachowaniu Warionuchy coś niepokojącego. Administrator nie zdejmuje kaszkietu, siada po drugiej stronie biurka i mówi, że sądził, iż dyrektora już nie ma, co samo w sobie wydaje się dziwne, ponieważ skoro uważał gabinet za pusty, nie wiadomo, po co w ogóle do niego przyszedł. Na pytanie o zniknięcie Stiopy odpowiada zgodnie z wersją, którą Rimski i Warionucha rozważali wcześniej: Lichodiejewa rzekomo odnaleziono w restauracji „Jałta” w Puszkino. Według opowieści Warionuchy Stiopa upił tamtejszego telegrafistę, a potem razem wysyłali telegramy opatrzone adnotacją „Jałta”, co miało stworzyć wrażenie, że dyrektor znajduje się na Krymie. Rimski początkowo niemal z radością przyjmuje tę historię, ponieważ widzi już możliwość ostatecznego pozbycia się Lichodiejewa z teatru, i domaga się szczegółów. Warionucha opowiada więc coraz bardziej rozbudowaną historię: Stiopa ma znajdować się w izbie wytrzeźwień, wcześniej miał tańczyć po pijanemu z telegrafistą na polanie przy dźwiękach katarynki, gonić uciekające kobiety, awanturować się z bufetowym, rozsypywać szczypiorek, rozbić osiem butelek białego wina „Aj-Danila”, uszkodzić licznik taksówki, próbując odebrać kierowcy kierownicę, i grozić ludziom, którzy usiłowali go powstrzymać. Opowieść początkowo brzmi wiarygodnie, ponieważ Stiopa rzeczywiście jest znany ze swojego lekkomyślnego trybu życia, lecz właśnie nadmiar szczegółów stopniowo budzi podejrzenia Rimskiego. Im bardziej plastyczna staje się historia, tym mniej dyrektor w nią wierzy. W końcu dochodzi do absolutnego przekonania, że Warionucha kłamie od początku do końca: nie był w Puszkino, Stiopy również tam nie było, nie istniał pijany telegrafista i nie wydarzyła się żadna z opisywanych awantur.

Od tej chwili Rimski przestaje właściwie słuchać treści wypowiedzi administratora i zaczyna bardzo uważnie obserwować samego rozmówcę. Zauważa, że Warionucha stara się pozostawać w cieniu rzucanym przez lampę i zasłania twarz gazetą. Pod prawym okiem ma ogromny siniak, zwykle rumiana twarz stała się kredowobiała, szyję mimo ciepłej nocy owinął pasiastym szalikiem, głos jest inny niż dawniej, bardziej matowy i ciężki, a podczas mówienia administrator bez przerwy cmoka i mlaska. Jego spojrzenie stało się niespokojne i tchórzliwe. Rimski czuje, że istnieje jeszcze coś bardzo ważnego, czego nie potrafi nazwać, i że w zestawieniu Warionuchy z fotelem, na którym siedzi, jest coś nienaturalnego. Pod pozorem machinalnego gestu naciska przycisk elektrycznego dzwonka, chcąc wezwać pomoc, ale dzwonek nie działa. Warionucha natychmiast zauważa tę próbę i pyta groźnie, po co Rimski dzwoni. Dyrektor udaje obojętność i pyta z kolei o siniak na jego twarzy. Administrator twierdzi, że samochód zarzuciło i uderzył się o klamkę. Rimski wie już jednak, że to kolejne kłamstwo. Wtedy jego wzrok pada na podłogę za fotelem i wreszcie dostrzega to, czego wcześniej podświadomie szukał. W świetle wyraźnie widoczne są cienie fotela i jego nóg, ale nie ma cienia głowy ani nóg siedzącego na nim Warionuchy. Rimski w myślach formułuje przerażające odkrycie: administrator nie rzuca cienia. Warionucha orientuje się po spojrzeniu dyrektora, że został zdemaskowany. Wstaje, nazywa Rimskiego przeklętym spryciarzem, skacze ku drzwiom i zamyka je na rygiel.

Rimski cofa się w stronę okna wychodzącego na ogród i dopiero wtedy dostrzega przyciśniętą do szyby twarz nagiej, rudowłosej dziewczyny. Przez uchylony lufcik wsunęła już rękę i próbuje otworzyć okno od wewnątrz. Warionucha tymczasem pilnuje drzwi, syczy i wykonuje coraz bardziej nienaturalne ruchy, podskakując tak wysoko i długo pozostając w powietrzu, że przestaje zachowywać się jak zwykły człowiek. Dziewczyna usiłuje dostać się do pokoju; jej ręka wydłuża się w nienaturalny sposób, staje się trupiozielona, a palce chwytają wreszcie dolną zasuwę. Rimski, przyciśnięty do ściany i osłaniający się teczką, czuje, że nadchodzi jego ostatnia chwila. Okno otwiera się na oścież, lecz zamiast nocnego powietrza do gabinetu napływa zapach piwnicy. Dziewczyna wchodzi na parapet, a dyrektor dostrzega na jej ciele ciemne oznaki rozkładu. Właśnie w tej chwili z niewielkiego budynku w ogrodzie, gdzie znajdują się ptaki wykorzystywane podczas przedstawień, rozlega się głośne pianie tresowanego koguta, zapowiadające zbliżający się świt. Rudowłosa reaguje natychmiast wściekłością, przeklina, a Warionucha spada na podłogę. Kogut pieje po raz drugi, dziewczyna zgrzyta zębami i jeży rude włosy; po trzecim pianiu odwraca się i wylatuje przez okno. Warionucha podnosi się, wyciąga poziomo w powietrzu, przelatuje nad biurkiem i również wypływa przez okno. Rimski jest uratowany. W ciągu tych kilku chwil całkowicie siwieje. Podbiega do drzwi, odsuwa rygiel i rzuca się przez ciemny korytarz, po drodze w panice zapala światło na klatce schodowej. Na schodach przewraca się ze strachu, ponieważ przez moment wydaje mu się, że Warionucha ponownie na niego spada, lecz ostatecznie zbiega na dół, prześlizguje się obok śpiącego stróża i opuszcza teatr. Dopiero na zewnątrz zauważa, że zostawił w gabinecie kapelusz, ale nie zamierza po niego wracać. Biegnie do postoju taksówek i, oferując kierowcy dodatkowe pieniądze, żąda natychmiastowej jazdy na pociąg leningradzki. Kiedy kierowca początkowo odmawia, Rimski wyciąga z teczki pięćdziesiąt rubli i przekonuje go do kursu. Na dworcu jest gotowy płacić ogromne sumy za jakiekolwiek miejsce w pociągu, niezależnie od klasy. Pięć minut później ekspres znika w ciemnościach, a wraz z nim z Moskwy znika Rimski.

Rozdział 15. „Nikanor Iwanowicz Bosy”

Grubym mężczyzną o purpurowej twarzy, o którym mistrz wspominał wcześniej jako o nowym pacjencie pokoju numer sto dziewiętnaście, okazuje się Nikanor Iwanowicz Bosy. Do kliniki Strawińskiego nie trafia jednak od razu. Najpierw zostaje przewieziony w inne miejsce, z którego później pamięta właściwie tylko biurko, szafę i kanapę. Tam rozpoczyna się przesłuchanie dotyczące znalezionych w przewodzie wentylacyjnym dolarów, ale rozmowa niemal od początku staje się chaotyczna. Zapytany o nazwisko i funkcję prezesa komitetu blokowego domu 302-A, Bosy zaczyna się śmiać i odpowiada, że wprawdzie jest Nikanorem, ale żaden z niego prezes, ponieważ prawdziwy prezes powinien był od razu rozpoznać w Korowiowie siłę nieczystą. Wskazuje na pęknięte binokle, dziwaczny ubiór i całą nieprawdopodobność rzekomego tłumacza cudzoziemca, po czym krzyczy, że Korowiow siedzi w mieszkaniu numer pięćdziesiąt i trzeba go natychmiast schwytać. Gdy pada bezpośrednie pytanie, kto dał mu zagraniczną walutę, Bosy wzywa Boga na świadka i przysięga, że dolarów nigdy nie widział. Jednocześnie, najwyraźniej chcąc powiedzieć prawdę o własnych przewinieniach, przyznaje, że brał pieniądze, ale wyłącznie radzieckie, między innymi za meldowanie ludzi, i dodaje, że sekretarz Proleżniew również nie jest bez winy, a w administracji spółdzielni panuje powszechne złodziejstwo. Stanowczo jednak odróżnia te przyznane przez siebie nadużycia od posiadania obcej waluty.

Kiedy rozmówcy nakazują mu przestać udawać i wyjaśnić pochodzenie dolarów, Bosy pada na kolana i deklaruje nawet gotowość jedzenia ziemi na dowód własnej niewinności, powtarzając, że Korowiow jest diabłem. Po podniesieniu tonu przez przesłuchujących jego zachowanie gwałtownie się pogarsza. Nikanor Iwanowicz nagle zaczyna krzyczeć, że Korowiow znajduje się właśnie w pokoju za szafą, szczerzy zęby i ma te same binokle. Domaga się schwytania go i poświęcenia pomieszczenia, żegna się, modli, biega ku drzwiom i z powrotem, aż wreszcie zaczyna mówić zupełnie bez związku. Staje się jasne, że dalsze przesłuchanie nie ma sensu. Bosy zostaje przeniesiony do osobnego pokoju, gdzie nadal płacze i modli się. Tymczasem odpowiedni ludzie jadą na Sadową, aby sprawdzić jego wersję wydarzeń. W mieszkaniu numer pięćdziesiąt nie znajdują jednak żadnego Korowiowa, a mieszkańcy domu twierdzą, że nikogo o takim nazwisku nie znają i nie widzieli. Lokal po Berliozie i Stiopie jest pusty, natomiast pieczęcie na szafach w gabinecie wyglądają na nienaruszone. W drodze powrotnej ekipie towarzyszy przygnębiony i skonfundowany sekretarz spółdzielni Proleżniew.

Wieczorem Bosego przewozi się do kliniki Strawińskiego. Jest tam tak niespokojny, że lekarze decydują się na zastrzyk. Dopiero po północy zasypia w pokoju numer sto dziewiętnaście, choć od czasu do czasu wydaje przez sen ciężkie, udręczone dźwięki. Jego niepokój rozchodzi się jednak po oddziale. Pacjent pokoju sto dwadzieścia budzi się i zaczyna szukać swojej głowy, mistrz w pokoju sto osiemnaście również się niepokoi, załamuje ręce i, patrząc na księżyc, przypomina sobie swoją ostatnią jesienną noc, światło padające spod drzwi sutereny oraz rozwiane włosy ukochanej. Z pokoju mistrza niepokój przez balkon dociera do Iwana, który także budzi się i zaczyna płakać. Lekarzowi udaje się stopniowo uspokoić wszystkich trzech pacjentów. Najpóźniej zasypia Iwan. Pod wpływem lekarstwa jego ciało staje się lekkie, świadomość przechodzi w półsen, a ostatnim dźwiękiem słyszanym na jawie jest przedświtowy śpiew ptaków. Potem ptaki milkną i Iwanowi zaczyna się śnić, że słońce zniża się nad Nagą Górą, otoczoną podwójnym kordonem straży. W tym miejscu rozdział się kończy i bezpośrednio przechodzi w opowieść o egzekucji.

Rozdział 16. „Kaźń”

Słońce zniża się nad Nagą Górą, otoczoną podwójnym pierścieniem wojska. Oddział jazdy, który wcześniej przeciął drogę Piłatowi, dotarł przez Bramę Hebrońską do skrzyżowania dróg prowadzących do Bettagium i Jafy, następnie ruszył traktem północno-zachodnim w stronę miejsca kaźni. Kapadoccy piechurzy wcześniej oczyszczają drogę z podróżnych, karawan, mułów i wielbłądów. Po dotarciu pod wzgórze jazda zsiada z koni i otacza jego podstawę, pozostawiając tylko jedno przejście od strony drogi do Jafy. Drugi pierścień, położony wyżej, tworzy następnie kohorta piechoty. Na końcu przybywa centuria Marka Szczurzej Śmierci, pomiędzy której rzędami znajduje się wóz z trzema skazańcami. Każdy z nich ma na szyi białą tablicę z napisem po aramejsku i grecku określającym go jako zbójcę i wichrzyciela. Za nimi jadą wozy z drewnianymi belkami, sznurami, łopatami, wiadrami i siekierami oraz sześciu oprawców. Procesji towarzyszą Marek, przełożony służby świątynnej oraz zakapturzony człowiek, z którym Piłat wcześniej spotkał się w zaciemnionej komnacie pałacu. Za żołnierzami podąża około dwóch tysięcy gapiów, do których przyłączają się pielgrzymi. Na szczyt przepuszczone zostają jednak tylko osoby konieczne przy wykonaniu wyroku, natomiast widzowie znajdują się pomiędzy dwoma wojskowymi kordonami.

Po ponad trzech godzinach sytuacja wygląda zupełnie inaczej niż na początku. Upał jest tak potężny, że większość ludzi wróciła już do miasta. Żołnierze cierpią z powodu skwaru i znużenia i w duchu życzą skazańcom szybkiej śmierci. Syryjczykom pozwolono stworzyć prowizoryczne osłony z płaszczy rozpiętych na włóczniach, wodę donoszą z niewielkiego strumienia w pobliskim wąwozie, natomiast żołnierze stojący bliżej miejsca kaźni muszą w dalszym ciągu pozostawać na stanowiskach. Marek Szczurza Śmierć, mimo nieznośnego słońca, zachowuje się tak, jakby upał nie robił na nim żadnego wrażenia. Obawy Piłata przed zamieszkami okazują się, przynajmniej w tej chwili, nieuzasadnione: nikt nie próbuje odbić skazańców, a ludzie wolą wrócić do Jeruszalaim i przygotowywać się do Paschy. Poza żołnierzami, oprawcami oraz zakapturzonym człowiekiem na wzgórzu pozostają już właściwie tylko dwa bezpańskie psy. Narrator koryguje jednak po chwili tę informację. Istnieje jeszcze jeden obserwator, który celowo usiadł po północnej stronie góry, przy rozpadlinie i wysuszonym figowcu, w miejscu trudnym do zauważenia. Jest nim Mateusz Lewita.

Na początku egzekucji Mateusz zachowywał się zupełnie inaczej. Przybiegł na wzgórze spóźniony, zadyszany i natychmiast próbował przedrzeć się przez wojskowy kordon w stronę skazańców, ale został uderzony w pierś drzewcem włóczni. Nie zareagował właściwie na ból, ponieważ jego całą uwagę pochłaniało cierpienie Jeszui. Po nieudanych próbach znalezienia luki w pierścieniu straży wycofał się w ustronne miejsce. Teraz siedzi pod figowcem, ma zaczerwienione od bezsenności i słońca oczy, pije ciepłą wodę z drewnianej flaszki, spogląda raz na słupy, raz na krążące nad wzgórzem sępy i raz po raz przeklina samego siebie. Obok niego znajdują się nóż oraz pergamin, trzcinka i tusz. Na pergaminie zapisuje kolejne zdania świadczące o jego rozpaczy: odnotowuje upływające minuty i fakt, że śmierć nadal nie przychodzi, a wreszcie prosi Boga, aby zesłał Jeszui śmierć. Mateusz uważa się za odpowiedzialnego za to, co się stało, ponieważ dwa dni wcześniej przebywał razem z Jeszuą w Bettagium u ogrodnika. Obaj mieli wieczorem udać się do Jeruszalaim, ale Jeszua niespodziewanie oznajmił, że ma w mieście pilną sprawę, i poszedł sam. Mateusz uważa fakt, że go wtedy wypuścił, za swój pierwszy wielki błąd. Sam nie mógł później wyruszyć za nauczycielem, ponieważ nagle zachorował: dostał wysokiej gorączki, drżał, szczękał zębami i musiał pozostać w szopie ogrodnika aż do piątkowego świtu. Gdy choroba niespodziewanie ustąpiła, natychmiast ruszył do miasta, gdzie dowiedział się o skazaniu Jeszui i osobiście słyszał ogłoszenie wyroku przez Piłata.

Podczas marszu skazańców Mateusz biegnie w tłumie wzdłuż szeregu legionistów i próbuje przynajmniej dać Jeszui znak, że nie porzucił go w ostatniej drodze. Jeszua patrzy jednak przed siebie i nie zauważa ucznia. Po pewnym czasie Mateusz wpada na pomysł, że mógłby zakończyć jego cierpienia sam. Zauważa przerwy pomiędzy żołnierzami i planuje przeskoczyć między dwoma legionistami, dostać się na wóz i wbić Jeszui nóż w plecy, zabijając go natychmiast; jeżeli wystarczyłoby czasu, zamierza zabić później również siebie. Nie obchodzi go już własny los, pragnie jedynie oszczędzić Jeszui długiej męki. Dopiero wtedy uświadamia sobie, że nie ma ani noża, ani pieniędzy. Wybiega z tłumu i wraca do Jeruszalaim. W sklepie piekarskim prosi sprzedawczynię o podanie bochenka z górnej półki, a kiedy kobieta odwraca się plecami, kradnie z lady długi, bardzo ostry nóż do chleba i natychmiast ucieka. Wraca drogą do Jafy, ale procesja zdążyła już znacznie się oddalić. Biegnie do utraty sił, wielokrotnie przewraca się i odpoczywa na drodze, po czym znowu rusza dalej. Gdy wreszcie dostrzega kolumnę u stóp Nagiej Góry, rozumie, że nie zdążył zrealizować swojego planu.

W czwartej godzinie kaźni rozpacz Mateusza osiąga punkt kulminacyjny. Rzuca nóż na ziemię, rozdeptuje flaszkę z wodą, zdziera z głowy nakrycie, ciągnie się za włosy i wykrzykuje pod własnym adresem obelgi. Kiedy samopotępienie niczego nie zmienia, zwraca się ku Bogu i domaga natychmiastowego cudu, przede wszystkim szybkiej śmierci Jeszui. Otwiera oczy i widzi, że wszystko pozostaje bez zmian. Wtedy zaczyna przeklinać Boga, zarzuca mu głuchotę, niesprawiedliwość i brak wszechmocy, twierdzi, że inny bóg nie dopuściłby do takiego cierpienia, a w końcu nazywa go Bogiem zła i nieprawości. Narracja nie stwierdza, że dalsze wydarzenia są odpowiedzią na jego słowa. W chwili, gdy Mateusz nadal przeklina, zmienia się pogoda: słońce zostaje zasłonięte przez ogromną burzową chmurę nadciągającą od zachodu, pojawiają się gwałtowne podmuchy wiatru, kurz oraz błyskawice. Mateusz natychmiast zaczyna mieć nadzieję, że burza może odmienić sytuację, i modli się teraz o uderzenie pioruna w słup Jeszui, choć równocześnie żałuje wcześniejszych przekleństw i obawia się, że Bóg go nie wysłucha.

Na dole zaczynają się przygotowania do wycofania jazdy. Na wzgórze wchodzi trybun przybyły z Jeruszalaim i przekazuje coś szeptem Markowi Szczurzej Śmierci, następnie rozmawia także z zakapturzonym człowiekiem. Marek wzywa dwóch oprawców i prowadzi ich ku słupom. Stan skazańców jest skrajnie ciężki. Gestas pod wpływem słońca i much postradał zmysły i śpiewa bezsensowną piosenkę o winoroślach. Dismos pozostaje przytomny i cierpi bardziej świadomie, poruszając głową z boku na bok. Jeszua bardzo wcześnie zaczął tracić przytomność, a teraz zwisa z głową opuszczoną na pierś i ma ciało oraz twarz pokryte rojami much i ślepaków. Jeden z oprawców budzi go, stukając włócznią w przywiązane ręce i przesuwając ostrzem po jego brzuchu. Jeszua otwiera zmętniałe oczy. Oprawca przynosi na włóczni gąbkę nasiąkniętą wodą, a skazany z radością zaczyna pić. Dismos natychmiast protestuje, że on także jest skazańcem i powinien dostać wodę. Jeszua, mimo własnego stanu, prosi oprawcę, żeby pozwolił napić się również jemu. Chmura coraz bardziej zasłania niebo, błyska i grzmi. Oprawca odsuwa gąbkę, wypowiada słowa nakazujące Jeszui sławić wielkodusznego hegemona, po czym lekkim ruchem wbija włócznię w jego serce. Jeszua drga i wypowiada ostatnie słowo: „Hegemon...”, po czym jego głowa opada. Następnie w ten sam sposób zostaje zabity Dismos. Gestas na widok zbliżającego się oprawcy przeraża się, ale kiedy dostaje gąbkę z wodą, zaczyna ją gryźć; po chwili również on umiera. Zakapturzony człowiek kolejno sprawdza wszystkich trzech i za każdym razem potwierdza śmierć.

Trybun rozkazuje zwinąć kordon. Nad wzgórzem rozpętuje się pełna burza, żołnierze w pośpiechu schodzą, a gwałtowna ulewa zmienia zbocze w strumienie błota. Konnica rusza w stronę Jeruszalaim, piechota również opuszcza miejsce kaźni i po kilku minutach na Nagiej Górze pozostaje tylko jeden żywy człowiek. Jest nim Mateusz Lewita. Podnosi wcześniej odrzucony nóż i podczas burzy wspina się ku słupom, ślizgając się po mokrej ziemi, czasem idąc na kolanach. Dociera najpierw do Jeszui, zdejmuje przemoczony tallit, przecina więzy przy nogach, wspina się na belkę i uwalnia ręce skazańca. Ciało Jeszui spada na niego i przewraca go na ziemię. Mateusz zamierza od razu zarzucić je sobie na ramiona, ale zmienia decyzję i pozostawia je na chwilę w wodzie. Biegnie do dwóch pozostałych słupów i przecina również więzy Dismosa oraz Gestasa, tak że ich ciała spadają na ziemię. Po kilku minutach na szczycie stoją już tylko trzy puste słupy, a w wodzie pozostają dwa ciała. Mateusza Lewity i ciała Jeszui nie ma już na wzgórzu. Na tym kończy się rozdział.

 

Rozdział 17. „Niespokojny dzień”

W piątek rano, dzień po seansie czarnej magii, cały personel Varietes zamiast pracować siedzi przy oknach wychodzących na Sadową i obserwuje ogromną kolejkę ustawioną przed teatrem. Tworzą ją tysiące ludzi pragnących zdobyć bilety na kolejny występ Wolanda, a jej koniec sięga aż placu Kudrińskiego; na początku stoją znani w teatralnej Moskwie handlarze biletami. Oczekujący bez przerwy rozmawiają o wydarzeniach poprzedniego wieczoru, szczególnie o kobietach, które po zakończeniu seansu znalazły się na ulicy częściowo rozebrane. Główny księgowy Wasilij Stiepanowicz Łastoczkin, który nie był na przedstawieniu, słucha tych historii z coraz większym oszołomieniem. Jest obecnie najwyższym rangą pracownikiem pozostającym w teatrze, ponieważ cała właściwa administracja zniknęła, i właśnie na niego spada konieczność podjęcia jakichś decyzji. Około dziesiątej kolejka staje się tak wielka, że na Sadową przyjeżdżają piesze i konne patrole milicji, aby zaprowadzić porządek. W samym teatrze sytuacja jest równie niezwykła. Od rana bez przerwy dzwonią telefony w gabinetach Lichodiejewa, Rimskiego i Warionuchy, w księgowości oraz kasach, ponieważ wszyscy chcą wiedzieć, co stało się z kierownictwem. Początkowo personel próbuje odpowiadać, że Stiopa znajduje się w domu, ale dzwoniący informują, że w mieszkaniu twierdzą dokładnie odwrotnie, czyli że dyrektor powinien być w teatrze. Pojawia się również telefon od zapłakanej kobiety domagającej się Rimskiego; kiedy radzi się jej zadzwonić do jego żony, okazuje się, że rozmawiają właśnie z madame Rimską i że ona sama nie ma pojęcia, gdzie znajduje się mąż. Sprzątaczka opowiada tymczasem, że rano zastała gabinet dyrektora finansowego z otwartymi drzwiami, zapalonymi lampami, wybitym oknem wychodzącym na ogród i przewróconym fotelem, ale samego Rimskiego nie było. Około jedenastej jego żona osobiście przybywa do Varietes, płacze i załamuje ręce, a Łastoczkin nie potrafi jej w żaden sposób pomóc. W budynku pojawia się również milicja i personel musi wreszcie otwarcie przyznać, że dyrektor Stiopa Lichodiejew, dyrektor finansowy Rimski i administrator Warionucha zniknęli, konferansjer Bengalski został po przedstawieniu przewieziony do szpitala psychiatrycznego, a sam seans zakończył się ogromnym skandalem.

Rozpoczyna się właściwe śledztwo. Do Varietes przyjeżdżają odpowiednie organa wraz z jasnopopielatym, spiczastouchym i wyjątkowo inteligentnie wyglądającym psem Askaro. Zwierzę zostaje wpuszczone do gabinetu Rimskiego, gdzie natychmiast warczy, szczerzy zęby i czołga się w kierunku rozbitego okna, a następnie wskakuje na parapet i wyje, próbując się przez nie wydostać. Po wyprowadzeniu z teatru biegnie na postój taksówek, lecz właśnie tam traci trop. Śledczy zajmują gabinet Warionuchy i kolejno przesłuchują pracowników, ale na każdym kroku napotykają nowe problemy. Afisze reklamujące Wolanda wprawdzie wcześniej istniały, lecz przez noc zostały zaklejone i nie można znaleźć ani jednego egzemplarza. Umowa z artystą powinna znajdować się w dokumentach teatru, ale nie ma jej ani w księgowości, ani u Rimskiego, Lichodiejewa czy Warionuchy. Nikt nie potrafi nawet pewnie podać nazwiska maga. Kasjerka po namyśle mówi coś w rodzaju „Woland”, ale zaraz pojawia się wątpliwość, czy nie chodziło raczej o „Faland”. W biurze turystyki zagranicznej natomiast nikt nie słyszał ani o Wolandzie, ani o Falandzie. Goniec Karpow twierdzi, że cudzoziemiec zatrzymał się u Stiopy, więc natychmiast sprawdzane jest mieszkanie numer pięćdziesiąt, lecz nie ma tam ani maga, ani Lichodiejewa, ani Gruni. Nie ma również Nikanora Bosego, a nawet sekretarz spółdzielni Proleżniew jest niedostępny. Śledztwo prowadzi więc do coraz większej liczby nieobecnych osób, podczas gdy nie sposób ustalić, kto właściwie zorganizował poprzedni seans i na czyje polecenie. Zbliża się południe, czyli godzina otwarcia kas, ale wobec sytuacji przedstawienie zostaje odwołane. Na drzwiach pojawia się odpowiednia informacja, ogromna kolejka stopniowo się rozchodzi, śledczy opuszczają teatr, a większość pracowników zostaje odesłana do domu. Łastoczkinowi pozostają jednak dwa obowiązki: musi złożyć raport w Komisji Nadzoru Widowisk i Rozrywek Lżejszego Gatunku oraz wpłacić do wydziału finansowo-widowiskowego wpływy z poprzedniego wieczoru, dokładnie dwadzieścia jeden tysięcy siedemset jedenaście rubli. Skrupulatnie pakuje pieniądze w gazetę, przewiązuje sznurkiem, wkłada do teczki i idzie na postój taksówek.

Na postoju spotyka go kolejna zagadka. Trzej taksówkarze, gdy tylko widzą człowieka z wypchaną teczką, natychmiast odjeżdżają pustymi samochodami, oglądając się przy tym ze złością. Czwarty kierowca zgadza się rozmawiać dopiero wtedy, kiedy każe Łastoczkinowi pokazać pieniądze. Księgowy wyciąga dziesięciorublowy banknot, ale kierowca stanowczo odmawia kursu i pyta o trzyrublówki. Dopiero kiedy Wasilij Stiepanowicz pokazuje dwa takie banknoty, zostaje wpuszczony do taksówki. Kierowca wyjaśnia przyczynę swojej nieufności. Kilka razy tego dnia pasażerowie płacili mu dziesięciorublówkami, które po pewnym czasie przemieniały się w zupełnie inne przedmioty: jedna w etykietę z butelki wody mineralnej, a w innym przypadku, po wydaniu reszty, w portmonetce zamiast pieniędzy pojawiła się pszczoła, która użądliła kierowcę. Taksówkarz wiąże te wydarzenia bezpośrednio z poprzednim występem w Varietes. Łastoczkin, choć wie o całym skandalu, udaje, jakby sama nazwa teatru była mu zupełnie obca. Po dotarciu do Komisji Nadzoru Widowisk szybko zauważa, że także tam dzieje się coś niezwykłego. Po korytarzu biega przerażona pracownica, wołając, że marynarka i spodnie są na miejscu, ale „w marynarce nic nie ma”. Kierownik jednego z wydziałów przebiega obok księgowego w takim stanie, że nawet go nie poznaje. Z gabinetu przewodniczącego Prochora Piotrowicza dochodzi natomiast jego normalny, donośny głos. W sekretariacie Łastoczkin zastaje osobistą sekretarkę przewodniczącego, Annę Ryszardownę, która szlocha tak gwałtownie, że tusz spływa jej po policzkach. Kobieta, widząc księgowego, traktuje go jak ostatnią nadzieję i ciągnie do gabinetu.

Za biurkiem Prochora Piotrowicza siedzi jego garnitur, całkowicie pusty. Ubranie ma krawat, w butonierce tkwi pióro, rękawy poruszają się podczas pracy, ale ponad kołnierzykiem nie ma głowy ani szyi, a z mankietów nie wychodzą dłonie. Mimo to garnitur sprawnie pisze na dokumentach, rozmawia głosem przewodniczącego i zachowuje się tak, jakby nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Gdy Łastoczkin wchodzi, odzywa się głosem Prochora Piotrowicza i przypomina, że na drzwiach widnieje informacja o nieprzyjmowaniu interesantów. Anna Ryszardowna błaga go, by wrócił, nazywa „Proszeńką”, ale garnitur reaguje oficjalnie i oburza się na poufałość, jakby nie rozpoznawał swojej sekretarki. Kobieta nie potrafi dłużej tego wytrzymać i wybiega. Na korytarzu opowiada Łastoczkinowi, jak doszło do przemiany. Najpierw do sekretariatu wszedł wielki czarny kot, którego próbowała odpędzić. Po chwili zamiast niego pojawił się gruby człowiek o twarzy przypominającej kota, bez pytania wszedł do gabinetu przewodniczącego i oznajmił, że chce omówić pewną sprawę. Prochor Piotrowicz, zirytowany zachowaniem intruza, kazał go natychmiast wyrzucić i w złości wykrzyknął, żeby diabli go porwali. Nieznajomy odpowiedział, że można to załatwić, i w tej samej chwili sam zniknął, a po przewodniczącym pozostał tylko nadal urzędujący garnitur. Właśnie wtedy do sekretariatu przybywa dwóch milicjantów. Łastoczkin uznaje, że jego obecność nie jest już potrzebna, i wychodzi. Nie złożywszy raportu, postanawia udać się do oddziału komisji znajdującego się w zaułku Wagańkowskim.

W filii zastaje kolejny osobliwy obraz. Telefony dzwonią bez przerwy, pracownicy są przerażeni, a z różnych części budynku rozlega się chóralny śpiew pieśni „Morze przesławne, Bajkale ty nasz!”. Ludzie śpiewają w idealnym rytmie, mimo że znajdują się w różnych pokojach, a jednocześnie wyraźnie próbują przestać. Jedna z pracownic płacze i zaciska zęby, lecz jej usta mimo wysiłku same się otwierają, by śpiewać kolejne zwrotki. Przyjeżdżają lekarz i milicjant. Sekretarz filii próbuje wyjaśnić, że prawdopodobnie chodzi o masową hipnozę, lecz w połowie zdania sam mimowolnie przechodzi do śpiewu. Lekarz próbuje uspokajać pracowników walerianą, ale problem powraca. Łastoczkin pyta jedną z kobiet, czy w budynku pojawił się czarny kot. Kobieta odpowiada, że nie kot, lecz „osioł”, mając na myśli kierownika oddziału, i opowiada, co wydarzyło się w czasie przerwy obiadowej. Kierownik miał obsesję na punkcie zakładania najróżniejszych kół zainteresowań: wcześniej powstały już koła poświęcone Lermontowowi, szachom i warcabom, ping-pongowi oraz jeździe konnej, planował również wioślarstwo i alpinizm. Tego dnia przyprowadził do pracowników kraciastego mężczyznę w pękniętych binoklach, przedstawiając go jako wybitnego specjalistę od organizowania amatorskich chórów. Kraciasty zaczął natychmiast prowadzić próbę, znajdował ukrywających się przed śpiewaniem pracowników, badał ich słuch, przedstawiał się jako dawny regent cerkiewny i nakazał zaintonować właśnie „Morze przesławne”. Chór zaśpiewał pierwszą zwrotkę całkiem dobrze, po czym dyrygent przeprosił i oznajmił, że wychodzi tylko na minutę. Nie wrócił. Pracownicy ucieszyli się, sądząc, że pozbyli się problemu, lecz po chwili bez żadnego sygnału sami zaśpiewali następną zwrotkę. Potem powtarzało się to raz za razem: przez kilka minut potrafili milczeć, a następnie jednocześnie zaczynali śpiewać, mimo że nikt tego nie chciał. Kierownik ze wstydu zamknął się w swoim gabinecie. Waleriana nie pomaga, więc w końcu cały personel filii zostaje załadowany do trzech ciężarówek. Kiedy samochody ruszają, pracownicy ponownie zaczynają śpiewać. Przechodnie sądzą, że jadą na wycieczkę za miasto, podczas gdy ich rzeczywistym celem jest klinika profesora Strawińskiego.

Łastoczkin po tych doświadczeniach rezygnuje z dalszych prób składania raportu i skupia się na drugim obowiązku, czyli wpłaceniu pieniędzy. Po około półgodzinie dociera do wydziału finansowego. Tym razem wszystko wygląda zupełnie normalnie: urzędnicy siedzą spokojnie za matowymi szybami, nie ma żadnych krzyków ani innych niepokojących zjawisk. Księgowy podchodzi do okienka przeznaczonego do przyjmowania wpłat i prosi o formularz. Urzędnik pyta, po co go potrzebuje, a kiedy słyszy, że Łastoczkin chce wpłacić pieniądze z Varietes, natychmiast zasłania otwór siatką. Księgowy jest zdumiony, ponieważ w ciągu trzydziestu lat pracy wielokrotnie spotykał trudności przy wypłacaniu pieniędzy, ale nigdy jeszcze nikt nie utrudniał mu ich oddawania. Ostatecznie otrzymuje jednak blankiet, wpisuje kwotę dwudziestu jeden tysięcy siedmiuset jedenastu rubli i rozwiązuje paczkę. W tym momencie niemal traci przytomność. Zamiast rubli w gazecie znajdują się paczki obcych walut: między innymi kanadyjskie dolary, funty szterlingi, holenderskie guldeny, łotewskie łaty i estońskie korony. Ktoś natychmiast krzyczy, że to jeden ze „sztukmistrzów z Varietes”, a Wasilij Stiepanowicz zostaje aresztowany. Na tym kończy się rozdział.

Rozdział 18. „Pechowi goście”

W czasie gdy Łastoczkin jedzie taksówką do komisji, z pierwszej klasy kijowskiego pociągu wysiada w Moskwie dostojnie wyglądający mężczyzna z fibrową walizką. Jest nim Maksymilian Andriejewicz Popławski, mieszkający w Kijowie ekonomista-planista i wuj zmarłego Berlioza. Do Moskwy sprowadziła go niezwykła depesza otrzymana dwa dni wcześniej, w której napisano: „przed chwilą na patriarszych przejechał mnie tramwaj pogrzeb piątek godzina trzecia przyjeżdżaj berlioz”. Popławski długo zastanawiał się nad jej sensem, ponieważ człowiek, który informuje o własnym przejechaniu przez tramwaj i jednocześnie wyznacza godzinę swojego pogrzebu, stwarza logiczny problem. Jako człowiek przekonany o własnej inteligencji ekonomista szybko dochodzi jednak do wniosku, że podczas nadawania nastąpiło pomieszanie słów z różnych telegramów i że w rzeczywistości chodzi o śmierć Berlioza. Wiadomość wywołuje u niego pewien żal, ale jego błyskawiczny wyjazd do Moskwy ma również znacznie bardziej praktyczną przyczynę. Popławski od dawna marzy o przeprowadzce z Kijowa do stolicy, próby zamiany własnego mieszkania na mniejsze moskiewskie nie przyniosły skutku, a śmierć Berlioza stwarza nagle możliwość odziedziczenia jego trzech pokojów przy Sadowej. Wuj uważa więc, że przede wszystkim należy przynajmniej czasowo zameldować się w lokalu zmarłego. W piątek udaje się do zarządu domu 302-A. Zastaje tam jedynie nieogolonego, przerażonego człowieka w średnim wieku. Na pytanie o prezesa spółdzielni otrzymuje informację, że nie ma go ani w biurze, ani w mieszkaniu. Sekretarza również nie ma, a jego nieobecność zostaje niejasno wyjaśniona chorobą. Popławski próbuje rozpocząć rozmowę o swoich prawach spadkowych, ale człowiek przy stole, przedstawiony chwilę później jako członek zarządu Piatnażko, twierdzi, że nic o sprawie nie wie. Wtedy pojawia się jeszcze jeden obywatel, cicho coś mówi Piatnażce i zabiera go ze sobą, pozostawiając Popławskiego zupełnie samego. Ekonomista dochodzi do wniosku, że sytuacja w administracji jest wyjątkowo skomplikowana, ale mimo wszystko rusza do mieszkania numer pięćdziesiąt.

Po zadzwonieniu do mieszkania drzwi zostają otwarte, choć Popławski nie widzi osoby, która to zrobiła. W ciemnym przedpokoju siedzi tylko ogromny czarny kot. Po chwili z gabinetu wychodzi Korowiow. Kiedy ekonomista przedstawia się jako wuj nieboszczyka Berlioza, Korowiow natychmiast wyciąga brudną chustkę i rozpoczyna przesadny pokaz żalu. Szlocha, mówi o strasznym nieszczęściu i niezwykle plastycznie opisuje śmierć Berlioza, powtarzając, jak głowa i kończyny znalazły się pod kołami tramwaju. Popławski początkowo jest wręcz wzruszony tym rzekomym współczuciem, ale równocześnie zaczyna podejrzewać, czy płaczliwy nieznajomy sam nie próbuje przypadkiem zdobyć mieszkania zmarłego. Pyta, czy Korowiow był przyjacielem siostrzeńca, lecz odpowiedzi nie da się zrozumieć z powodu kolejnej fali szlochu. Kiedy ekonomista wreszcie pyta, czy to Korowiow wysłał mu depeszę, ten wskazuje kota i oznajmia, że zrobił to właśnie on. Popławski początkowo sądzi, że się przesłyszał, ale Behemot zeskakuje z krzesła, staje na tylnych łapach i ludzkim głosem potwierdza, że sam wysłał telegram. Następnie żąda dowodu osobistego Popławskiego, zakłada grube okulary i zaczyna go przeglądać, choć trzyma dokument do góry nogami. Z pogardą komentuje urząd, który wydał dowód, stwierdza, że sam nigdy nie wystawiłby dokumentu człowiekowi o takiej twarzy, po czym rzuca dowód na podłogę i oficjalnym tonem informuje, że obecność Popławskiego na pogrzebie została odwołana, a on sam ma natychmiast wrócić do miejsca stałego zamieszkania. Wzywa Asasella.

Asasello pojawia się jako niewysoki, kulawy mężczyzna w obcisłym czarnym stroju, z nożem za pasem, rudymi włosami, żółtym kłem i bielmem na lewym oku. Poleca Popławskiemu natychmiast wrócić do Kijowa, siedzieć tam cicho i przestać myśleć o jakimkolwiek mieszkaniu w Moskwie. Następnie oddaje mu dokument, bierze walizkę, wyprowadza na klatkę schodową i bez użycia klucza ją otwiera. Wyjmuje z niej ogromną pieczoną kurę pozbawioną jednej nogi, dwie zmiany bielizny, pasek do ostrzenia brzytwy, książkę oraz futerał. Wszystko poza kurą strąca po schodach, po czym zrzuca również pustą walizkę. Następnie chwyta kurę za nogę i tak mocno uderza nią Popławskiego w ucho, że korpus ptaka odrywa się, a samo udko pozostaje w dłoni Asasella. Ogłuszony ekonomista spada ze schodów, zatrzymuje się dopiero na półpiętrze i siada, próbując dojść do siebie. Asasello spokojnie obgryza pozostawioną w ręku kość i wraca do mieszkania. W tym momencie Popławski spotyka wchodzącego po schodach niewielkiego, niemłodego człowieka o bardzo smutnej twarzy, ubranego w staromodny garnitur i słomkowy kapelusz z zieloną wstążką. Nieznajomy pyta o mieszkanie numer pięćdziesiąt. Popławski wskazuje mu drogę i schodzi na dół. Nie zamierza zgłaszać całego zdarzenia milicji, ponieważ rozumie, jak absurdalnie zabrzmiałaby historia o gadającym kocie oglądającym dokumenty i rudym człowieku bijącym go pieczonym kurczakiem. Zamiast tego postanawia sprawdzić, co wydarzy się z kolejnym gościem. Chowa się w komórce przy wejściu, skąd widzi drzwi klatki schodowej.

Po pewnym czasie słyszy na górze otwieranie drzwi, kroki i głos smutnego człowieka. W pewnej chwili rozmowa przenosi się piętro niżej; pojawia się głos kobiety, jej śmiech, a następnie przez drzwi wychodzi nieznajoma z zieloną ceratową torbą. Mały mężczyzna początkowo również schodzi, ale potem wraca do mieszkania numer pięćdziesiąt. Popławski nadal czeka. Wkrótce słyszy trzask drzwi, rozpaczliwy krzyk, miauczenie kota i szybkie kroki zbiegającego człowieka. Gość pojawia się na dole bez kapelusza, z całkowicie mokrymi spodniami, obłędem w oczach i świeżymi śladami pazurów na łysinie. Jest tak przerażony, że ma problem nawet z otwarciem drzwi wyjściowych. Dla Popławskiego jest to wystarczające potwierdzenie, że w mieszkaniu rzeczywiście dzieje się coś skrajnie niebezpiecznego. Przestaje myśleć zarówno o mieszkaniu, jak i o pogrzebie Berlioza i jak najszybciej udaje się w stronę dworca Kijowskiego. Dopiero wtedy narracja wyjaśnia, że obserwowany przez niego smutny człowiek to nie kolejny oddzielny bohater, lecz Andrzej Fokicz Sokow, kierownik bufetu w Varietes. Podczas wcześniejszego śledztwa Sokow trzymał się na uboczu, był jeszcze bardziej ponury niż zwykle i wypytywał gońca Karpowa o adres zagranicznego maga. To właśnie on wszedł chwilę wcześniej do mieszkania numer pięćdziesiąt.

Drzwi Sokowowi otwiera młoda rudowłosa kobieta ubrana jedynie w koronkowy fartuszek, biały czepek i złote pantofelki, z wyraźną purpurową blizną na szyi. Bufetowy jest głęboko zgorszony jej wyglądem. Kiedy kobieta odbiera telefon, Sokow słyszy fragment rozmowy z baronem Meiglem. Rozmówca chce odwiedzić artystę jeszcze tej nocy; kobieta potwierdza, że Woland będzie w domu, że spodziewani są również goście, i informuje, że odpowiednim strojem będzie frak lub czarny żakiet, a przybyć należy o północy. Następnie Sokow zostaje wpuszczony dalej. W salonie zastaje niezwykłe wnętrze: przez witraże wpada osobliwe światło, mimo ciepłej pogody w ogromnym kominku płonie ogień, przed nim na tygrysiej skórze siedzi Behemot, a stół przykryty został złotogłowiem przypominającym tkaninę cerkiewną. Stoją na nim stare butelki i złote naczynie. Asasello z nożem przy pasie piecze na długiej stalowej szpadzie kawałki mięsa. W pomieszczeniu czuć jednocześnie pieczeń, mocne perfumy i kadzidło. Sokow przez moment kojarzy tę scenerię nawet z nabożeństwem żałobnym za Berlioza, ale natychmiast odrzuca tę myśl. Dopiero wtedy dostrzega Wolanda leżącego na ogromnym tapczanie wśród poduszek.

Bufetowy zaczyna przedstawiać się i wyjaśniać, że kieruje bufetem w Varietes, lecz Woland przerywa mu natychmiast, rozpoczynając gwałtowną krytykę jego zakładu. Narzeka na zieloną bryndzę, która według niego powinna być biała, na herbatę rozcieńczaną wodą dolewaną do samowara i przede wszystkim na jesiotra. Kiedy Sokow próbuje się bronić, mówiąc, że otrzymał „jesiotra drugiej świeżości”, Woland stanowczo odpowiada, że coś takiego nie istnieje, ponieważ świeżość może być tylko jedna, pierwsza i zarazem ostatnia, natomiast „druga świeżość” oznacza po prostu zepsucie. Sokow kilka razy próbuje przejść do właściwego celu wizyty, lecz gospodarz długo nie pozwala mu dojść do słowa. Wreszcie poleca Asasellowi podać gościowi taboret. Mebel natychmiast łamie się pod Sokowem, a bufetowy przewracając się potrąca stojący obok puchar i wylewa sobie czerwone wino na spodnie. Odrzuca propozycję zdjęcia i wysuszenia ubrania, więc otrzymuje drugi taboret i siedzi dalej w mokrych spodniach. Asasello podaje mu świeżo upieczony kawałek mięsa skropiony cytryną, który Sokow z uprzejmości próbuje i musi przyznać, że jest wyjątkowo smaczny. Wtedy do pokoju wlatuje wielki ciemny ptak i muskając skrzydłem łysinę bufetowego siada na gzymsie kominka; okazuje się sową. Woland proponuje również wino, kości, karty albo domino, ale Sokow zapewnia, że nie pije i nie gra. Gospodarz komentuje, że ludzie unikający alkoholu, gier, kobiet i dobrego jedzenia bywają albo ciężko chorzy, albo niechętni całemu otoczeniu. Dopiero potem pozwala przejść do rzeczy.

Sokow wyjaśnia, że podczas seansu z sufitu spadały banknoty, które widzowie później wydawali również w jego bufecie. Przyjmował od klientów dziesięciorublówki i wydawał prawdziwą resztę, lecz następnego dnia podczas sprawdzania kasy odkrył, że w miejsce pieniędzy znajdują się bezwartościowe kawałki papieru. W ten sposób bufet stracił sto dziewięć rubli. Woland udaje zdziwienie i sugeruje, że widzowie najwyraźniej sami byli oszustami, skoro płacili fałszywymi pieniędzmi. Sokow reaguje gorzkim uśmiechem. Wtedy rozmowa niespodziewanie zmienia kierunek. Woland pyta, czy bufetowy jest człowiekiem ubogim, a następnie interesuje się jego oszczędnościami. Sokow nie odpowiada, lecz z sąsiedniego pokoju natychmiast odzywa się pęknięty głos, który podaje dokładne dane: dwieście czterdzieści dziewięć tysięcy rubli w pięciu kasach oszczędnościowych i dwieście złotych dziesięciorublówek ukrytych w domu pod podłogą. Woland lekceważąco zauważa, że nie są to wielkie pieniądze i że Sokowowi właściwie nie będą potrzebne, po czym pyta, kiedy zamierza umrzeć. Oburzony bufetowy odpowiada, że nikt tego nie może wiedzieć. Głos z sąsiedniego pokoju natychmiast zaprzecza, mówiąc, że Sokow umrze za dziewięć miesięcy, w lutym następnego roku, na raka wątroby, w sali numer cztery kliniki Pierwszego Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego. Dodaje także, że po jego śmierci dom zostanie rozebrany, a ukryte złote monety trafią do Banku Narodowego. Woland wylicza, ile pieniędzy pozostaje bufetowemu miesięcznie do końca życia, i radzi, aby zamiast umierać w szpitalu wśród jęków chorych, wydał ucztę, a potem zażył truciznę w otoczeniu muzyki, pięknych kobiet i przyjaciół. Sokow reaguje na tę przepowiednię tak silnie, że w jednej chwili wygląda na znacznie starszego.

Woland w końcu prosi go, aby pokazał rzekomo bezwartościowe papierki. Sokow wyciąga zawiniętą w gazetę paczkę i ze zdumieniem widzi, że znajdują się w niej normalne czerwonce. Woland sugeruje więc, że bufetowy jest po prostu chory. Andrzej Fokicz nie potrafi się uspokoić i pyta, co ma zrobić, jeśli pieniądze ponownie się przemienią. Gospodarz zaprasza go wtedy ponownie. Korowiow wychodzi z sąsiedniego pokoju, gwałtownie ściska dłoń Sokowa i prosi o przekazanie wszystkim najserdeczniejszych pozdrowień. Helia ma odprowadzić gościa. Sokow wychodzi z mieszkania w stanie niemal oszołomienia i siada na schodach, aby ponownie sprawdzić pieniądze. Nadal są prawdziwymi czerwońcami. Właśnie wtedy z jednego z mieszkań wychodzi kobieta z zieloną torbą, ta sama, której głos słyszał ukryty w komórce Popławski. Widząc człowieka w mokrych spodniach wpatrującego się w pieniądze, bierze go za pijanego, żartuje, że siedzi na pieniądzach, i proponuje, by się podzielił. Przerażony Sokow każe jej się odczepić, a kobieta ze śmiechem odchodzi. Bufetowy dopiero wtedy odkrywa, że nie ma kapelusza, więc mimo ogromnej niechęci wraca do drzwi numer pięćdziesiąt. Helia podaje mu nakrycie głowy oraz szpadę. Sokow zauważa, że broń nie należy do niego, zabiera wyłącznie kapelusz i schodzi. Po chwili czuje jednak, że coś jest z nim nie tak. Gdy go zdejmuje, odkrywa, że zamiast własnego kapelusza trzyma aksamitny beret z wyleniałym kogucim piórem. Przeżegna się, a beret nagle miauczy, zamienia się w czarnego kociaka, wskakuje mu na głowę i wbija pazury w łysinę. Sokow z krzykiem zaczyna uciekać, natomiast zwierzę zeskakuje i biegnie z powrotem po schodach. W ten sposób powstają ślady pazurów, które chwilę wcześniej obserwował Popławski.

Po wydostaniu się z domu Sokow natychmiast biegnie do apteki. Tam zwraca mu się uwagę, że ma całą głowę we krwi, zostaje więc opatrzony. Przy okazji wypytuje o najlepszych specjalistów od chorób wątroby i słyszy nazwiska profesorów Bernadskiego oraz Kuźmina. Dowiedziawszy się, że Kuźmin mieszka niemal obok, po kilku minutach znajduje się w jego niewielkiej willi. Początkowo personel informuje go, że najbliższy termin przypada dopiero dziewiętnastego, ale bufetowy oznajmia, że jest śmiertelnie chory, dzięki czemu zostaje przyjęty poza kolejką. W gabinecie mówi profesorowi Kuźminowi wprost, że właśnie dowiedział się z wiarygodnego źródła, iż w lutym przyszłego roku umrze na raka wątroby, i błaga lekarza, żeby „powstrzymał raka”. Profesor nie rozumie sytuacji, podejrzewa nawet, że ma do czynienia z człowiekiem niezrównoważonym, zwłaszcza gdy Sokow opowiada o konkretnej sali numer cztery i zapewnia, że człowiek przekazujący przepowiednię „dobrze wie, co mówi”. Mimo wszystko przeprowadza badanie. Sokow rozbiera się i kładzie na kozetce, a Kuźmin bada jego brzuch. Lekarz uspokaja pacjenta, że obecnie nie widzi żadnych oznak raka, ale skoro Sokow tak bardzo się obawia, należy wykonać szczegółowe analizy. Wypisuje odpowiednie skierowania oraz dodatkową kartkę do neurologa Bourre’a, ponieważ uważa, że stan nerwowy bufetowego jest fatalny.

Sokow pyta o wynagrodzenie za wizytę. Profesor odpowiada, że może zapłacić tyle, ile uważa, więc bufetowy kładzie na stole trzydzieści rubli, a następnie próbuje dołożyć zawinięty w gazetę stos złotych monet, błagając lekarza, by uchronił go przed śmiertelną chorobą. Kuźmin stanowczo odmawia przyjęcia złota, każe je zabrać, zaleca leczenie nerwów, natychmiastowe wykonanie badań, ograniczenie herbaty i całkowite wyeliminowanie soli. Sokow zabiera monety i opuszcza gabinet. Wieczorem, po wyjściu ostatniego pacjenta, Kuźmin zauważa, że pozostawione przez bufetowego trzydziestorublowe banknoty przemieniły się w trzy etykiety z butelek „Abrau-Durso”. Jest przekonany, że miał do czynienia nie tylko z osobą chorą psychicznie, ale również z oszustem. Biegnie sprawdzić, czy z przedpokoju nie zniknęły płaszcze pacjentów. Wszystkie są na miejscu, ale kiedy wraca do gabinetu, na biurku zamiast etykiet siedzi mały czarny kociak nad spodeczkiem mleka. Ksenia Nikitiszna próbuje uspokoić lekarza, tłumacząc, że prawdopodobnie jeden z pacjentów zostawił zwierzę, co podobno zdarza się lekarzom. Kuźmin pyta wtedy, skąd wzięło się również mleko i spodeczek, lecz kobieta znajduje na to kolejne wyjaśnienie. Profesor nakazuje zabrać i kota, i spodek.

Kiedy ponownie zostaje sam, słyszy na podwórzu śmiech i widzi kobietę biegnącą przez dziedziniec w samej koszuli. Zaraz potem z pokoju córki zaczyna dochodzić fokstrot „Alleluja”, a za plecami lekarza rozlega się ćwierkanie. Na biurku pojawia się ogromny wróbel. Kuźmin próbuje racjonalizować sytuację, tłumacząc sobie, że ptak zapewne wleciał przez otwarte okno, lecz jego zachowanie szybko podważa to wyjaśnienie. Wróbel kuleje, porusza się w rytmie muzyki i tańczy fokstrota jak pijany człowiek, patrząc na profesora w sposób, który ten odbiera jako wyjątkowo bezczelny. Kuźmin wyciąga rękę do telefonu, chcąc zadzwonić do neurologa Bourre’a i zapytać, co mogą oznaczać podobne widzenia u człowieka w wieku sześćdziesięciu lat. Wróbel tymczasem siada na kałamarzu, brudzi go, następnie z rozpędu uderza w szybę fotografii absolwentów uniwersytetu z roku 1894, rozbija ją i wylatuje przez okno. Profesor rezygnuje z telefonu do neurologa i zamiast tego dzwoni do wypożyczalni pijawek, prosząc o natychmiastowe przysłanie ich do domu. Po odłożeniu słuchawki odwraca się i krzyczy, ponieważ za jego biurkiem siedzi już postać ubrana w czepek siostry miłosierdzia, z torbą opisaną słowem „pijawki”. Ma jednak męskie usta rozciągnięte od ucha do ucha, wystający kieł i martwe oczy. Męskim basem mówi, że „pieniążki się schowa”, zgarnia ptasią łapą etykiety z biurka i rozpływa się w powietrzu. Dwie godziny później Kuźmin siedzi już na własnym łóżku z pijawkami przyłożonymi do skroni, za uszami i na szyi. U jego nóg znajduje się profesor Bourre, który współczująco zapewnia kolegę, że wszystkie te przeżycia są niegroźne. Za oknem jest już noc. Narrator stwierdza, że nie wiadomo, jakie jeszcze dziwne wydarzenia rozgrywały się tego wieczoru w Moskwie, i nie zamierza ich dalej śledzić, ponieważ nadszedł czas przejścia do drugiej części opowieści.

CZĘŚĆ DRUGA

Rozdział 19. „Małgorzata”

Narracja rozpoczyna drugą część powieści od jednoznacznego sprostowania przekonania mistrza, który podczas nocnej rozmowy z Iwanem sądził, że ukochana mogła już o nim zapomnieć. Tak się nie stało. Kobieta ma na imię Małgorzata, ma trzydzieści lat, jest piękna, inteligentna i bezdzietna, a jej mąż to młody, przystojny, dobry i uczciwy specjalista, autor odkrycia o znaczeniu ogólnopaństwowym, który swoją żonę uwielbia. Oboje zajmują całe piętro pięknej willi stojącej w ogrodzie niedaleko Arbatu, Małgorzacie nigdy nie brakuje pieniędzy, może kupować wszystko, czego zapragnie, nie zna trudów wspólnego mieszkania ani codziennych problemów materialnych, a wśród znajomych jej męża znajduje się wiele interesujących osób. Mimo tych warunków nie była szczęśliwa ani przez chwilę od czasu, gdy jako dziewiętnastoletnia dziewczyna wyszła za mąż i zamieszkała w willi. Potrzebowała nie pieniędzy, ogrodu czy wygodnego domu, lecz mistrza. Następnego dnia po ich ostatniej nocnej rozmowie przyszła zgodnie z obietnicą do jego sutereny, na szczęście nie zdążywszy jeszcze rozmówić się z mężem, który nie wrócił w przewidzianym terminie, lecz mistrza już tam nie było. Próbowała dowiedzieć się, co się z nim stało, ale wszystkie starania okazały się bezskuteczne. Wróciła więc do dotychczasowego życia w willi, nie wiedząc nawet, czy kocha człowieka żywego, czy zmarłego. Zimą cierpi, ale wiosną tęsknota staje się jeszcze silniejsza. Małgorzata często płacze w samotności i wraca myślami do nocy, kiedy opuściła mistrza. Siedząc przy piecu rozpalonym na pamiątkę ognia, przy którym on pisał powieść o Piłacie, wyrzuca sobie, że wtedy odeszła i pozostawiła go samego. Porównuje własne spóźnienie do spóźnienia Mateusza Lewity, choć narrator zaznacza, że nie wiadomo, czy jej obecność rzeczywiście mogłaby cokolwiek zmienić.

W piątek, tego samego dnia, w którym w Moskwie trwają następstwa działalności Wolanda i jego świty, Małgorzata budzi się około południa z niezwykle silnym przeczuciem, że właśnie dziś coś musi się wydarzyć. Podtrzymuje w sobie tę nadzieję, powtarzając, że nic nie może trwać wiecznie i że nie mogła zostać skazana na dożywotnią mękę tylko dlatego, że kłamała, oszukiwała i prowadziła tajne życie. Szczególne znaczenie przypisuje snowi, który miała tej nocy. Przez całą zimę mistrz ani razu jej się nie śnił, tymczasem teraz zobaczyła nieznaną, ponurą, wczesnowiosenną okolicę pod szarym niebem, chmarę gawronów, koślawy mostek, mętną rzeczkę, nędzne drzewa i stojący za warzywnikiem drewniany domek. Drzwi otworzyły się i pojawił się w nich mistrz, obdarty, nieogolony, potargany, z oczami pełnymi smutku i lęku. Przywoływał ją ręką. Małgorzata zaczęła do niego biec i wtedy się obudziła. Rozważa dwa znaczenia snu: jeśli mistrz nie żyje, być może przyszedł po nią i ona sama wkrótce umrze, jeśli natomiast żyje, sen może oznaczać, że przypomniał o sobie i że niedługo ponownie się spotkają. Tego dnia mąż Małgorzaty wyjechał na trzydniową delegację, więc kobieta po raz pierwszy od dawna ma całą willę wyłącznie dla siebie i może bez przeszkód oddawać się własnym myślom.

Po herbacie Małgorzata nie korzysta jednak z najbardziej reprezentacyjnych pomieszczeń domu, lecz idzie do ciemnej komórki bez okien, gdzie przechowywane są walizki i rozmaite rzeczy. Z dolnej szuflady szafy wydobywa ukryte pod ścinkami jedwabiu najcenniejsze pamiątki: oprawiony w brązową skórę album ze zdjęciem mistrza, książeczkę oszczędnościową wystawioną na jego nazwisko z kwotą dziesięciu tysięcy rubli, zasuszone płatki róży umieszczone pomiędzy kawałkami bibułki oraz nadpaloną część maszynopisu. Wraca z nimi do sypialni, umieszcza fotografię przy lustrze i przez około godzinę czyta ocalały fragment rękopisu rozpoczynający się opisem ciemności nadciągającej znad Morza Śródziemnego i pochłaniającej Jeruszalaim. Dalej znajdują się już tylko zwęglone brzegi papieru. Małgorzata płacze, później ponownie ukrywa wszystkie pamiątki. Kiedy przygotowuje się do wyjścia, Natasza zaczyna opowiadać jej sensacyjne historie o występie w Varietes: o rozdawanych kobietom perfumach i pończochach oraz o tym, że po opuszczeniu teatru stroje nagle znikały. Małgorzata początkowo śmieje się i gani służącą za powtarzanie plotek. Natasza zapewnia jednak, że sama widziała w sklepie kobietę, której zaczarowane pantofle zniknęły przy kasie, pozostawiając ją w samych pończochach, a także słyszała o kobietach biegających po Twerskiej w bieliźnie. Rozbawiona Małgorzata daje Nataszy w prezencie parę pończoch oraz flakon wody kolońskiej, prosząc jedynie, aby nie biegała w nich po ulicy i nie słuchała wszystkiego, co opowiada Daria.

Małgorzata jedzie trolejbusem Arbatem. Przed nią dwóch mężczyzn prowadzi ściszoną rozmowę o niezwykłym wydarzeniu związanym z jakimś pogrzebem. Z urywków zdań kobieta rozumie, że z trumny pewnego nieboszczyka skradziono rano głowę i że sprawą zajmuje się milicja. Nie zna jednak tożsamości zmarłego i szybko traci zainteresowanie. Wysiada i siada na ławce pod murem Kremla, skąd widać plac Maneżu. Jest to ta sama ławka, na której dokładnie rok wcześniej o tej samej porze siedziała z mistrzem. Teraz rozmawia z nim jedynie w myślach. Pyta, dlaczego nie daje znaku życia, czy przestał ją kochać, czy może nie żyje, a jeśli nie żyje, prosi go, aby uwolnił ją od pamięci o sobie, ponieważ bez tego nie będzie mogła naprawdę żyć. Przypadkowy mężczyzna, zainteresowany samotną i dobrze ubraną kobietą, siada obok i próbuje rozpocząć rozmowę od uwagi o pogodzie, lecz Małgorzata patrzy na niego tak ponuro, że natychmiast odchodzi. Sama zaczyna zastanawiać się, dlaczego odpędza wszystkich ludzi i dlaczego pozostaje właściwie poza normalnym życiem. Wtedy ponownie powraca poranne przeczucie, że tego dnia wydarzy się coś szczególnego.

Z oddali zaczyna dobiegać muzyka żałobna. Obok przejeżdża milicjant konny, później piesi funkcjonariusze, orkiestra na ciężarówce i otwarty karawan z trumną pokrytą wieńcami. Małgorzata obserwuje procesję i przez roztargnienie wypowiada na głos pytanie o tożsamość zmarłego. Nagle słyszy obok odpowiedź, że jest nim Michał Aleksandrowicz Berlioz, przewodniczący Massolitu. Na ławce siedzi już niewielki, płomiennie rudy mężczyzna z wielkim kłem, ubrany w porządny pasiasty garnitur, melonik i lakierki; z kieszonki wystaje mu ogryzione kurze udko. Wyjaśnia, że uczestnicy pogrzebu są szczególnie zaniepokojeni, ponieważ głowa zmarłego zniknęła z trumny. Małgorzata przypomina sobie rozmowę słyszaną w trolejbusie i pyta, czy za karawanem idą literaci. Mężczyzna twierdzi, że zna wszystkich. Małgorzata natychmiast pyta o krytyka Łatuńskiego. Nieznajomy wskazuje go wśród uczestników procesji. Kobieta patrzy na człowieka, którego nazwisko kojarzy z atakami na mistrza, a rudy obserwator natychmiast zauważa jej nienawiść i zwraca się do niej pełnym imieniem, Małgorzata Nikołajewna. Tym samym ujawnia, że wie, kim jest.

Małgorzata staje się podejrzliwa i pyta, skąd ją zna. Nieznajomy odpowiada tylko, że został do niej przysłany z pewną sprawą i ma zaprosić ją na wieczór do bardzo ważnego cudzoziemca. Kobieta reaguje oburzeniem, bierze go za ulicznego stręczyciela i zamierza odejść. Wtedy rudy recytuje początkowe słowa fragmentu rękopisu mistrza o ciemności nadciągającej nad Jeruszalaim, a następnie wspomina nadpalony brulion, zasuszoną różę oraz myśli Małgorzaty o tym, aby mistrz zwolnił ją ze swojej pamięci. Kobieta natychmiast wraca na ławkę, całkowicie zbielała. Nie potrafi zrozumieć, skąd obcy zna nie tylko ukrywane przedmioty, lecz także jej najgłębsze myśli. Rudy przedstawia się wreszcie jako Asasello. Małgorzatę interesuje już tylko jedna rzecz: czy wie coś o mistrzu. Kiedy pyta wprost, czy ukochany żyje, Asasello odpowiada, że tak. Wiadomość wywołuje u niej natychmiastowe wzruszenie. Zaczyna tłumaczyć, dlaczego wcześniej zareagowała nieufnie na zaproszenie i mówi również o mężu: podkreśla, że spotkało ją z jego strony wyłącznie dobro, nie chce niszczyć mu kariery, ale jej dramat polega na tym, że żyje nie z człowiekiem, którego kocha. Asasello nie jest zainteresowany rozbudowaną historią małżeństwa i prosi, by przestała mówić. Zapewnia tylko, że cudzoziemiec jest całkowicie niegroźny, a o wizycie Małgorzaty nikt się nie dowie.

Asasello daje do zrozumienia, że spotkanie może pomóc Małgorzacie dowiedzieć się czegoś więcej o mistrzu. To wystarcza, aby kobieta natychmiast zgodziła się pojechać dokądkolwiek zechce jej rozmówca. Rudy narzeka półżartem, że znacznie lepiej radzi sobie z biciem administratorów, wyrzucaniem cudzych wujów z mieszkań czy innymi zadaniami swojej specjalności niż z prowadzeniem rozmów z zakochanymi kobietami. Następnie wyjmuje złote okrągłe puzderko i przekazuje je Małgorzacie. Poleca jej punktualnie o wpół do dziesiątej wieczorem rozebrać się całkowicie i natrzeć twarz oraz całe ciało zawartą w środku maścią. Potem może robić, co zechce, ale powinna pozostać blisko telefonu, ponieważ o dziesiątej zadzwoni i poda dalsze instrukcje. Zapewnia, że zostanie dostarczona na miejsce bez żadnych problemów. Małgorzata zauważa ciężar puzderka i domyśla się, że wykonano je ze szczerego złota. Zdaje sobie sprawę, że jest wciągana w jakąś ciemną i niebezpieczną historię, za którą prawdopodobnie przyjdzie jej drogo zapłacić. Asasello natychmiast się denerwuje i żąda zwrotu kremu, grożąc, że zrezygnuje z całej sprawy i każe przysłać Behemota. Małgorzata mocniej zaciska pudełko i oświadcza, że niczego nie odda: zgadza się na wszystko, na maść i na podróż nawet tam, „gdzie diabeł mówi dobranoc”. Asasello nagle odwraca jej uwagę okrzykiem i wskazuje coś w stronę parku. Kiedy Małgorzata patrzy w tamtym kierunku, niczego szczególnego nie widzi, a gdy ponownie zwraca się ku rozmówcy, Asasella już nie ma.

Rozdział 20. „Krem Asasella”

Wieczorem sypialnia Małgorzaty jest całkowicie zabałaganiona. Na łóżku leżą ubrania i bielizna, pantofle stoją obok niedopitej kawy i popielniczki, na krześle wisi czarna wieczorowa suknia, w pokoju unosi się zapach perfum oraz rozgrzanego żelazka. Małgorzata siedzi przed lustrem w czarnych zamszowych pantoflach i płaszczu kąpielowym narzuconym bezpośrednio na nagie ciało. Przed nią leżą zegarek oraz złote pudełeczko Asasella. Z niecierpliwością obserwuje wskazówki, aż wreszcie o dwudziestej pierwszej dwadzieścia dziewięć otwiera puzderko. W środku znajduje się tłusty, żółtawy krem o zapachu kojarzącym się początkowo z bagiennym szlamem, a po roztarciu także z lasem i ziołami. Małgorzata nakłada niewielką ilość na policzki i czoło. Preparat jakby natychmiast wnika w skórę. Kiedy spogląda w lustro, z wrażenia wypuszcza pudełko z ręki tak, że rozbija szkiełko zegarka. Po chwili zaczyna się śmiać, ponieważ widzi całkowicie odmienioną twarz. Wyszczypane wcześniej brwi stają się gęste i czarne, znikają zmarszczki, cienie pod oczami i na skroniach, skóra odzyskuje świeżość, a trwała ondulacja znika. Z lustra patrzy na trzydziestoletnią kobietę twarz wyglądająca jak twarz mniej więcej dwudziestoletniej, czarnowłosej dziewczyny.

Małgorzata natychmiast zdejmuje szlafrok i wciera krem w całe ciało. Skóra robi się różowa i rozgrzana, znika ból głowy doskwierający jej od spotkania z Asasellem, mięśnie napełnia energia, a ciało staje się niemal pozbawione ciężaru. Kiedy podskakuje, zawisa przez moment nad dywanem, a dopiero potem powoli opada. Przemiana nie ogranicza się do wyglądu. Małgorzata czuje w całym ciele ogromną radość, lekkość i poczucie wyzwolenia. Rozumie, że poranne przeczucie spełniło się i że tego wieczoru na zawsze porzuci dotychczasowe życie. Zanim jednak to nastąpi, chce wykonać ostatnią rzecz. Naga i co chwilę unosząca się nad podłogą biegnie do gabinetu męża i zostawia mu krótką wiadomość: prosi o przebaczenie, nakazuje jak najszybciej o niej zapomnieć, oznajmia, że opuszcza go na zawsze i że wskutek wszystkich nieszczęść została wiedźmą, dlatego nie powinien jej szukać. Po napisaniu listu odczuwa wielką ulgę.

Do sypialni wbiega Natasza, obładowana rzeczami przygotowywanymi wcześniej dla swojej pani, lecz na widok całkowicie odmłodzonej Małgorzaty wypuszcza wszystko z rąk. Początkowo nie rozumie, jak doszło do przemiany, po czym zachwycona dotyka jej skóry, podziwia twarz i brwi. Małgorzata wskazuje złote pudełko i wyjaśnia, że wszystko jest skutkiem działania kremu. Następnie każe Nataszy zabrać wszystkie pozostawione ubrania, perfumy, pantofle, pończochy i bieliznę, zastrzegając tylko, żeby nie brała kosztowności, ponieważ po zaginięciu właścicielki mogłaby zostać posądzona o kradzież. Natasza szybko zabiera rzeczy. Z ulicy i sąsiedztwa zaczyna dochodzić głośny walc. Małgorzata jest przekonana, że lada chwila zadzwoni Asasello. Wtedy przed willę podjeżdża samochód, a później w ogrodzie rozlegają się charakterystyczne kroki Mikołaja Iwanowicza, sąsiada z parteru. Małgorzata postanawia urządzić sobie na pożegnanie jeszcze jeden żart.

Odciąga zasłonę i siada naga na parapecie w taki sposób, aby księżyc oświetlał jej ciało. Mikołaj Iwanowicz zauważa ją i z wrażenia siada na ławce, przekrzywia binokle i kurczowo ściska teczkę. Małgorzata uprzejmie się z nim wita, pyta, czy wraca z zebrania, a później z udawanym smutkiem mówi, że siedzi sama, nudzi się, patrzy na księżyc i słucha walca. Sąsiad nie odpowiada, więc kobieta gani go za brak grzeczności wobec damy. Mężczyzna wreszcie wstaje, ale jest tak zmieszany, że zamiast zdjąć kapelusz wymachuje teczką i ugina nogi w dziwaczny sposób. Małgorzata mówi mu, że jest niezwykle nudny i że wszyscy ludzie z jej dotychczasowego otoczenia tak jej obrzydli, iż ogromnie się cieszy z rozstania z nimi. Kończy wypowiedź życzeniem, aby „diabli ich wzięli”. W tej samej chwili rozlega się telefon.

Dzwoni Asasello. Informuje, że nadszedł czas i poleca Małgorzacie wylecieć. Kiedy będzie przelatywać nad bramą, ma krzyknąć „Niewidzialna!”, później przez chwilę polatać nad Moskwą, aby przyzwyczaić się do nowych możliwości, a następnie skierować się na południe za miasto, nad rzekę, gdzie będą już na nią czekać. Po odłożeniu słuchawki Małgorzata słyszy drewniane stukanie w sąsiednim pokoju. Otwiera drzwi i do sypialni wbiega szczotka do zamiatania, ustawiona włosiem do góry, która zaczyna tańczyć, stepować końcem kija i wyraźnie domaga się odlotu. Małgorzata wskakuje na nią okrakiem. Dopiero wtedy przypomina sobie, że jest całkowicie naga, więc chwyta z łóżka pierwszą rzecz, jaka wpada jej w ręce, niebieską koszulkę, i trzymając ją jak sztandar wylatuje przez okno.

Opada nad ogród, gdzie wciąż siedzi oszołomiony Mikołaj Iwanowicz. Żegna się z nim na zawsze, a następnie uznaje, że koszulka nie jest już potrzebna, i rzuca ją sąsiadowi na głowę. Zdezorientowany mężczyzna spada z ławki. Małgorzata po raz ostatni spogląda na willę, w której przez tyle lat była nieszczęśliwa, i widzi w oświetlonym oknie zdumioną twarz Nataszy. Woła do niej pożegnanie, wznosi szczotkę i zgodnie z instrukcją Asasella krzyczy „Niewidzialna!”. Przelatuje pomiędzy gałęziami klonu nad bramą i opuszcza dom, a za nią nadal rozbrzmiewa głośny walc.

Rozdział 21. „Lot”

Po opuszczeniu rodzinnego zaułka Małgorzata szybko przekonuje się, że sama niewidzialność nie chroni jej przed przeszkodami. Lecąc początkowo zbyt szybko, niemal rozbija się o narożną latarnię. Zaczyna więc ostrożniej sterować szczotką i obserwować przewody, szyldy oraz inne elementy miejskiej zabudowy. Kiedy dociera w okolice Arbatu, umie już całkiem sprawnie kierować swoim środkiem transportu i zauważa, że przechodnie rzeczywiście jej nie widzą. Nikt nie zadziera głowy ani nie reaguje na lecącą kobietę. Małgorzata przemieszcza się wolno mniej więcej na wysokości pierwszego piętra, lecz mimo ostrożności uderza ramieniem w podświetlony szyld. Rozzłoszczona zawraca i rozbija go kijem szczotki, czym wywołuje brzęk szkła, alarmujący gwizdek i reakcję przechodniów, którzy jednak nie wiedzą, co właściwie spowodowało zniszczenie.

W jednym z zaułków Małgorzata zagląda przez otwarte okno do wspólnej kuchni, gdzie dwie kobiety kłócą się o gaszenie światła w toalecie. Niewidzialna latawica wlatuje do środka, oznajmia obu, że są siebie warte, i zakręca kurki dwóch płonących prymusów. Zdumione kobiety zamierają, ale Małgorzata już po chwili ponownie wylatuje na ulicę. Niedaleko zauważa nowy siedmiopiętrowy budynek obłożony czarnym marmurem. Nad wejściem widnieje złocony napis „Dom Dramlitu”. W holu znajduje się tablica z nazwiskami mieszkańców. Małgorzata zaczyna je czytać i odnajduje nazwisko Łatuńskiego. Natychmiast ogarnia ją gwałtowne podniecenie. Krzyczy, że to właśnie krytyk, który „zgubił mistrza”, i pędzi w górę, powtarzając numer mieszkania, osiemdziesiąt cztery. Na siódmym piętrze odnajduje właściwe drzwi i wielokrotnie dzwoni, ale nikt nie odpowiada. Łatuński przebywa tego wieczoru poza domem, ponieważ uczestniczy w spotkaniu związanym z Berliozem, co chroni go przed bezpośrednim spotkaniem z Małgorzatą.

Małgorzata wraca na dół, ponownie liczy piętra z zewnątrz i ustala, które okna należą do mieszkania krytyka. Wzlatuje do jednego z nich i upewnia się, że znalazła właściwe miejsce. Włącza światło, otwiera drzwi na klatkę schodową i sprawdza wizytówkę. Następnie idzie do kuchni po ciężki młotek. Najpierw niszczy nim fortepian, uderzając w klawisze i łamiąc elementy instrumentu. Równocześnie w łazience i kuchni pozostawia odkręconą wodę. Kiedy ciecz zaczyna rozlewać się po podłodze, przenosi ją dodatkowo wiadrami do gabinetu. Rozbija drzwi szafy, później lustrzaną szafę w sypialni, wyciąga garnitur Łatuńskiego i topi go w wannie. Zniszczenie daje jej ogromną satysfakcję, choć jednocześnie wydaje się jej, że efekty są zbyt skromne. Woda zaczyna przeciekać do mieszkania dramatopisarza Kwanta piętro niżej, gdzie gosposia obserwuje najpierw zmianę koloru sufitu, a później prawdziwy deszcz. Niedługo potem zalanie obejmuje także mieszkanie Chustowa. Sąsiedzi zaczynają dzwonić i krzyczeć pod drzwiami Łatuńskiego. Małgorzata uznaje, że czas kończyć. Wsiada na szczotkę, rozbija żyrandol, wylatuje przez okno, a następnie zaczyna niszczyć także szyby w kolejnych mieszkaniach. Na dole zbiera się tłum, pojawiają się milicjanci, a do zaułka wjeżdża wóz strażacki.

Zniszczenia kończą się nagle, kiedy na wysokości drugiego piętra Małgorzata zagląda do słabo oświetlonego pokoju. W łóżeczku siedzi około czteroletni chłopiec, który sam i przerażony słucha całego zamieszania. Woła matkę, ale nikt mu nie odpowiada. Małgorzata wlatuje do środka i próbuje go uspokoić. Mówi, że szyby wybili chłopcy z procy. Dziecko przyjmuje wyjaśnienie i wskazuje nawet konkretnego podejrzanego, Sitnika. Kiedy pyta, gdzie znajduje się niewidzialna kobieta, Małgorzata odpowiada, że wcale jej nie ma i tylko mu się śni. Chłopiec mówi, że tak właśnie przypuszczał. Małgorzata każe mu się położyć, podłożyć rękę pod policzek i obiecuje, że będzie mu się śniła. Zaczyna opowiadać historię o pewnej nieszczęśliwej cioci, która nie miała dzieci, długo płakała, a potem stała się bardzo zła. Widząc, że chłopiec już zasnął, przerywa opowieść, odkłada młotek na parapet i spokojnie wylatuje.

Po opuszczeniu Domu Dramlitu Małgorzata gwałtownie przyspiesza. Wznosi się ponad dachy Moskwy, wykonuje w powietrzu przewrót i w krótkim czasie pozostawia za sobą światła miasta. Lecąc z ogromną szybkością, obserwuje w dole kolejne oświetlone miejscowości oraz rzeki wyglądające z wysokości jak klingi ułożone w ciemnych futerałach. Księżyc pozornie pędzi razem z nią, choć jednocześnie pozostaje nieruchomy na niebie. Po pewnym czasie z tyłu zaczyna dobiegać potężny szum powietrza i coraz głośniejszy kobiecy śmiech. Małgorzatę dogania Natasza, zupełnie naga, siedząca okrakiem na ogromnym wieprzu. Zwierzę ściska w przednich racicach teczkę, na jego nosie chwieją się binokle, a z głowy zsuwa się kapelusz. Małgorzata szybko rozpoznaje w wieprzu Mikołaja Iwanowicza.

Natasza opowiada, że po odlocie swojej pani sama użyła pozostawionego kremu. Nie interesowały jej nawet podarowane ubrania. Rozebrała się i posmarowała preparatem, po czym przemieniła się podobnie jak Małgorzata. Wtedy do pokoju wszedł Mikołaj Iwanowicz, trzymając koszulkę Małgorzaty, swój kapelusz i teczkę. Na widok odmienionej Nataszy całkowicie stracił mowę. Kiedy się opanował, oznajmił, że przyszedł jedynie zwrócić znalezioną koszulkę, ale później, według relacji Nataszy, zaczął składać jej różne propozycje, obiecywać pieniądze i zapewniać, że jego żona Klaudia Piotrowna o niczym się nie dowie. Rozbawiona Natasza posmarowała kremem jego łysinę. Twarz mężczyzny natychmiast zamieniła się w świński ryj, dłonie i stopy w racice, a chwilę później Natasza na jego grzbiecie wyleciała z Moskwy. Mikołaj Iwanowicz protestuje teraz przeciwko własnej sytuacji i domaga się przywrócenia normalnego wyglądu, nazywając Nataszę pomocą domową. Ta oburza się, przypomina, że jeszcze przed chwilą mówił do niej „Wenero”, i ciągnie go za ucho. Kiedy zmuszony powtarza to określenie, Natasza triumfuje i gwałtownie przyspiesza, po czym wraz z wieprzem znika Małgorzacie z oczu.

Małgorzata leci dalej przez nieznaną, pustą okolicę pomiędzy wielkimi sosnami i głazami. Wyczuwa bliskość wody, dociera do kredowego urwiska i widzi w dole ciemną rzekę, a po drugiej stronie ognisko oraz poruszające się postacie. Zjeżdża ku wodzie, odrzuca szczotkę i z rozpędu nurkuje. Rzeka jest ciepła jak w łaźni, więc Małgorzata przez pewien czas pływa samotnie. Później gwiżdże, przywołuje szczotkę i przelatuje na drugi brzeg. Tam zostaje przyjęta z niezwykłą uroczystością. Pod wierzbami siedzą dwa szeregi żab grających na fujarkach marsza na jej cześć, rusałki przerywają taniec i pozdrawiają ją wodorostami, nagie wiedźmy wykonują ukłony, a istota o kozich nogach całuje Małgorzatę w dłoń, rozkłada dla niej jedwab i pyta o kąpiel. Małgorzata odpoczywa i pije kielich szampana. Pyta o Nataszę i dowiaduje się, że ta już wcześniej się wykąpała i poleciała do Moskwy na swoim wieprzu, aby zawiadomić o rychłym przybyciu Małgorzaty oraz pomóc przy przygotowywaniu dla niej stroju.

Kiedy nadchodzi czas odjazdu, koźlonogi dowiaduje się, że Małgorzata przyleciała na szczotce, i uznaje taki środek transportu za nieodpowiedni. Za pomocą skonstruowanego naprędce telefonu zamawia dla niej samochód. Na wyspie pojawia się bułany kabriolet, którego kierowcą jest wielki czarny gawron w ceratowym kaszkiecie i rękawicach. Rusałki i wiedźmy znikają, ognisko gaśnie. Koźlonogi pomaga Małgorzacie wsiąść na tylne siedzenie. Samochód z wyciem wznosi się w powietrze i rusza w stronę Moskwy.

Rozdział 22. „Przy świecach”

Lot samochodem działa na Małgorzatę uspokajająco. Przez chwilę przymyka oczy i z pewnym smutkiem myśli o brzegu nieznanej rzeki, którego, jak przeczuwa, już nigdy więcej nie zobaczy. Po wszystkim, co wydarzyło się tej nocy, domyśla się już, do kogo jest wieziona, ale nie odczuwa strachu, ponieważ nadzieja na odzyskanie szczęścia całkowicie ją ośmieliła. Po krótkim czasie ponownie pojawiają się pod nią światła Moskwy. Gawron odkręca w locie przednie koło, a samochód ląduje na pustym cmentarzu w pobliżu Dorogomiłowa. Kierowca wysadza Małgorzatę wraz ze szczotką, następnie kieruje samochód w wąwóz, gdzie pojazd rozbija się z hukiem. Sam gawron salutuje, siada na oderwanym kole i odlatuje. Zza grobowca wychodzi Asasello. Rozpoznawalny po błyszczącym w świetle księżyca kle, zaprasza Małgorzatę na szczotkę, sam dosiada długiego rapiera i wspólnie wracają na Sadową pod dom numer 302-A.

W bramie widzą zniecierpliwionego człowieka, który najwyraźniej na kogoś czeka, ale nie zauważa niewidocznych przybyszy. Asasello nie dzwoni do mieszkania numer pięćdziesiąt, tylko otwiera drzwi własnym kluczem. Małgorzatę natychmiast uderza całkowita ciemność. Chwyta płaszcz Asasella, bo boi się potknąć. W oddali pojawia się słabe światełko, a po chwili jej towarzysz odbiera szczotkę, która znika w ciemności. Zaczynają iść szerokimi schodami, które zdają się Małgorzacie niemożliwie długie jak na zwyczajne moskiewskie mieszkanie. Kiedy docierają na podest, przybyszów wita Korowiow trzymający lampkę. Wygląda inaczej niż wcześniej: ma frak, białą koszulę, wypomadowane wąsiki i pęknięty monokl zamiast zniszczonych binokli. Asasello znika, natomiast Korowiow prowadzi Małgorzatę dalej. Wyjaśnia brak elektrycznego oświetlenia tym, że jego gospodarz go nie lubi i że światła zostaną włączone dopiero później. Małgorzata bardziej niż ciemnością interesuje się ogromem przestrzeni, która w żaden sposób nie powinna mieścić się w mieszkaniu numer pięćdziesiąt.

Korowiow odpowiada, że ludzie znający piąty wymiar mogą bez problemu powiększać pomieszczenia praktycznie do dowolnych rozmiarów. Następnie opowiada dygresyjną historię o pewnym mieszkańcu Moskwy, który bez żadnych nadprzyrodzonych zdolności potrafił za pomocą kolejnych zamian rozmnożyć pierwotne trzy pokoje do sześciu rozsianych po całym mieście, zanim jego działalność została przerwana z przyczyn od niego niezależnych. Małgorzata śmieje się z tej historii. Korowiow wreszcie przechodzi do właściwego tematu i pyta, czy kobieta domyśla się już, kim jest gospodarz. Małgorzata potwierdza. Korowiow wyjaśnia, że raz w roku messer urządza wiosenny bal pełni księżyca, nazywany także balem stu królów. Ponieważ Woland jest kawalerem, potrzebna jest gospodyni. Tradycja wymaga, aby miała na imię Małgorzata i pochodziła z miejscowości, w której odbywa się bal. W Moskwie znaleziono sto dwadzieścia jeden kobiet o tym imieniu, lecz żadna nie spełniała wszystkich warunków. Dopiero Małgorzata okazała się odpowiednia. Korowiow pyta więc wprost, czy przyjmie obowiązki gospodyni. Kobieta zdecydowanie się zgadza.

Przechodzą przez kolejne ogromne pomieszczenia i docierają do niewielkiego pokoju oświetlonego świecami. Znajduje się w nim szerokie dębowe łoże, zmięta pościel, stół z siedmioramiennym świecznikiem przypominającym ptasie szpony, szachownica z misternymi figurami, niski stołek, złoty puchar oraz drugi świecznik z ramionami w kształcie węży. W powietrzu czuć siarkę i smołę. Małgorzata rozpoznaje Asasella, teraz elegancko ubranego we frak. Na dywaniku siedzi naga Helia, która miesza w garnku parującą substancję i smaruje nią nogę Wolanda. Obok znajduje się ogromny Behemot grający w szachy. Największą uwagę Małgorzaty przykuwa jednak sam Woland, siedzący na łóżku. Ma na sobie długą, brudną nocną koszulę z łatą na ramieniu, jedną nogę podkuloną, drugą opartą na stołku. Jego twarz jest niesymetryczna, jedno oko ma zielonkawo-złoty błysk, drugie wydaje się całkowicie czarne i puste. Na piersi nosi zawieszony na złotym łańcuszku skarabeusz z ciemnego kamienia, a w pobliżu stoi osobliwy, jakby żywy globus. Woland wita Małgorzatę jako królową i przeprasza za domowy strój.

Małgorzata, podpowiedziana przez Korowiowa, zwraca się do gospodarza tytułem „messer” i zapewnia, że nie powinien przerywać partii szachowej. Woland przywołuje ją, kładzie ciężką i gorącą dłoń na jej ramieniu i sadza obok siebie na łóżku. Następnie próbuje zmusić Behemota do wyjścia spod łóżka, gdzie kot rzekomo szuka zgubionej figury szachowej. Behemot twierdzi, że koń gdzieś odgalopował, a pod meblem znajduje się żaba. Woland oskarża go o tanią sztuczkę i grozi uznaniem partii za przegraną. Kot natychmiast wychodzi z koniem w łapie. Jest ubrany szczególnie odświętnie: ma białą muszkę, lorgnon na rzemyku i pozłacane wąsy. Woland krytykuje jego wygląd i pyta między innymi, dlaczego nosi muszkę, skoro nie ma spodni. Behemot odpowiada, że koty w butach występują wyłącznie w bajkach, ale na bal należy przyjść w muszce, a ponieważ Asasello i Korowiow mogli się pudrować, on sam miał pełne prawo pozłocić wąsy. Obrażony sugeruje nawet, że być może wcale nie powinien uczestniczyć w balu. Woland zauważa, że kot odwraca uwagę od przegrywanej partii, i nakazuje mu skończyć przedstawienie.

Następnie Woland formalnie przedstawia Małgorzacie swoją świtę. Behemot to kot, który przed chwilą urządzał całe widowisko, Asasella i Korowiowa kobieta już zna, a Helia zostaje określona jako wierna, roztropna i pojętna sługa, zdolna do wszystkiego. Później Woland zwraca uwagę Małgorzaty na niezwykły globus. Wyjaśnia, że nie lubi słuchać radiowych wiadomości, dlatego woli własne urządzenie, które pozwala mu otrzymywać dokładne informacje o wydarzeniach na świecie. Pokazuje kobiecie fragment lądu, gdzie trwa wojna. Obszar na globusie powiększa się, aż Małgorzata widzi wieś, dom, a następnie jego bezgłośne zniszczenie. Wśród ruin dostrzega maleńkie ciało kobiety i dziecka leżącego w kałuży krwi. Woland oznajmia, że za wydarzenie odpowiada Abbadona i że działa on bez zarzutu. Małgorzata pyta, po której stronie konfliktu znajduje się Abbadona, lecz Woland odpowiada, że jest całkowicie bezstronny i w jednakowym stopniu współczuje obu stronom, dzięki czemu obie otrzymują taki sam rezultat.

Na wezwanie Wolanda ze ściany wyłania się chuda postać w ciemnych okularach. Sam widok Abbadony wywołuje u Małgorzaty taki lęk, że chowa twarz przy nodze Wolanda. Ten uspokaja ją, tłumacząc, że Abbadona nigdy nie ukazuje się człowiekowi przedwcześnie i że dopóki kobieta jest jego gościem, nic jej nie grozi. Małgorzata, której strach zaczyna ustępować miejsca ciekawości, pyta, czy Abbadona mógłby zdjąć okulary. Woland stanowczo odmawia i odsyła go gestem. Wtedy Asasello informuje o przybyciu dwóch nieproszonych osób: pięknej dziewczyny, która nieustannie błaga, aby pozwolono jej zostać przy swojej pani, oraz jej wieprza. Małgorzata natychmiast rozpoznaje Nataszę. Woland zgadza się pozostawić dziewczynę przy jej pani. Wieprza poleca natomiast umieścić w kuchni. Małgorzata w pierwszej chwili myśli, że Nikołaj Iwanowicz może zostać zarżnięty, i zaczyna wyjaśniać, że stał się zwierzęciem wskutek kremu Nataszy. Woland uspokaja ją, że nikt nie zamierza go zabijać, ale do sali balowej wprowadzić go nie może. Asasello melduje wtedy, że zbliża się północ. W tym miejscu kończy się rozdział.

Rozdział 23. „Wielki bal u szatana”

Ponieważ zbliża się północ, przygotowania do balu gwałtownie przyspieszają. Małgorzata zachowuje z nich jedynie fragmentaryczne wspomnienia: świece, malachitowy basen i kolejne zabiegi wykonywane przez Helię oraz pomagającą jej Nataszę. Najpierw, stojąc na dnie basenu, zostaje oblana gęstą, ciepłą, czerwoną cieczą, której słonawy smak pozwala jej zrozumieć, że jest to krew. Następnie obmywa się ją innym, przezroczystym i różowawym płynem o tak intensywnym zapachu olejku różanego, że aż kręci jej się w głowie, później układa na kryształowym łożu i wyciera wielkimi zielonymi liśćmi. Do przygotowań włącza się Behemot, który naśladując ulicznego pucybuta naciera jej stopy. Małgorzata nie pamięta dokładnie, kto sporządził dla niej pantofle z płatków bladej róży ani w jaki sposób same zapięły się na złote klamerki. Przed lustrem we włosach pojawia się królewski diamentowy diadem, a Korowiow zawiesza jej na szyi ciężki medalion z wizerunkiem czarnego pudla, umieszczony na masywnym łańcuchu. Ozdoba natychmiast zaczyna boleśnie ocierać kark i ciągnąć Małgorzatę ku ziemi, lecz zarazem od tej chwili Korowiow i Behemot odnoszą się do niej z jeszcze większą ceremonialnością. Przed rozpoczęciem właściwego balu Korowiow daje gospodyni ostatnie wskazówki. Ostrzega ją, że przybędą bardzo różni goście i żadnego z nich nie wolno zlekceważyć, nawet jeśli wzbudzi odrazę. Każdemu należy okazać choć odrobinę zainteresowania, uśmiechnąć się, skinąć głową albo powiedzieć kilka słów, ponieważ pominięcie któregoś z przybyłych byłoby dla niego ogromnym upokorzeniem. Małgorzata ma więc przez cały czas odgrywać rolę królowej i gospodyni, niezależnie od własnego zmęczenia czy reakcji na poszczególne osoby.

W towarzystwie Korowiowa i Behemota przechodzi z komnaty z basenem do całkowicie ciemnego pomieszczenia. Behemot wrzeszczy nagle „Bal!”, a w tej samej chwili Małgorzatę ogarnia gwałtowny wybuch światła, dźwięków i zapachów. Najpierw znajduje się jakby w dusznym tropikalnym lesie pełnym krzyczących papug, później wychodzi do ogromnej sali balowej z kolumnami z połyskliwego kamienia. Pod kolumnami stoją czarnoskórzy służący w srebrnych zawojach. Korowiow kieruje ją ku ścianie białych tulipanów, za którą znajduje się olbrzymia orkiestra, około stu pięćdziesięciu muzyków grających poloneza. Dyrygent na widok Małgorzaty każe całej orkiestrze wstać, nie przerywając gry, sam zaś składa przed nią głęboki ukłon. Korowiow natychmiast stwierdza, że zwykłe skinienie nie wystarczy i każe jej zawołać do dyrygenta „Witam pana, królu walca!”. Małgorzata wykonuje polecenie, jej głos okazuje się niezwykle donośny i przebija się przez orkiestrę, a dyrygent reaguje ogromnym wzruszeniem. Następnie Korowiow każe jej zwrócić uwagę również na pierwszych skrzypków tak, aby każdy z nich mógł pomyśleć, że został przez królową osobiście dostrzeżony. Małgorzata dowiaduje się, że dyrygentem jest Johann Strauss. W kolejnej sali pomiędzy ścianami z róż i japońskich kamelii znajdują się fontanny oraz trzy baseny pełne szampana, a na osobnej estradzie gra niezwykle głośny jazz. Jego dyrygent, ubrany w czerwony frak, na widok Małgorzaty kłania się aż do ziemi, krzyczy „Alleluja!” i z ogromnym temperamentem kieruje zespołem.

Małgorzata zostaje wreszcie ustawiona u szczytu ogromnych, zasłanych dywanem schodów. Pod prawą nogę podłożono jej poduszkę z wyhaftowanym złotym pudlem, obok znajduje się niewielka ametystowa kolumienka, na której w razie wyczerpania może oprzeć rękę. Korowiow, Asasello i Behemot pozostają przy niej, natomiast w dole rozciąga się ogromna kordegarda z gigantycznym kominkiem. Przez chwilę nie dzieje się nic. Korowiow wyjaśnia, że goście za moment zaczną przybywać, i odlicza ostatnie sekundy do północy. Wtedy w kominku rozlega się huk i ukazuje się szubienica z wisielcem, którego ciało po chwili rozsypuje się, a następnie przybiera postać eleganckiego rudowłosego mężczyzny we fraku. Zaraz potem z kominka wysuwa się na wpół spróchniała trumna, z której powstaje kobieta. Korowiow przedstawia pierwszą parę jako monsieur Jacques'a i jego małżonkę, przy czym o Jacques'u mówi jako o fałszerzu pieniędzy, zdrajcy stanu i alchemiku, który otruł kochankę króla. Kobieta klęka przed Małgorzatą i całuje jej stopę, a królowa zgodnie z instrukcją musi okazać im serdeczność. Następnie pojawia się hrabia Robert, o którym Korowiow mówi jako o odwrotnym przypadku: był kochankiem królowej i otruł własną żonę. Po nim z kominka wychodzą kolejne szkielety, trumny, rozkładające się zwłoki i ludzie, którzy po zetknięciu z balową przestrzenią przybierają eleganckie postacie. Schody bardzo szybko zapełniają się frakami i nagimi kobietami w kolorowych pantoflach i piórach.

Wśród gości pojawia się między innymi signora Tofana, chuda, skromnie wyglądająca kobieta z zieloną przepaską na szyi i osobliwym drewnianym obuwiem na lewej nodze. Korowiow wyjaśnia, że sprzedawała kobietom truciznę przeznaczoną dla mężów, których chciały się pozbyć; według niego w ten sposób zmarło około pięciuset mężczyzn, a sama Tofana została później uduszona w więzieniu, czego śladem ma być zielona przepaska. Małgorzata nieustannie podaje rękę i kolano kolejnym gościom, a Korowiow jednocześnie przedstawia jej najważniejsze osoby. W pewnej chwili zwraca uwagę na młodą, około dwudziestoletnią kobietę o natarczywych, niespokojnych oczach. Jest nią Frieda. Korowiow mówi, że od trzydziestu lat pokojówka co noc kładzie jej obok łóżka chusteczkę z granatową obwódką, której kobieta nie może się pozbyć, niezależnie od tego, czy ją pali, czy wrzuca do rzeki. Wyjaśnia również, że kiedy Frieda pracowała w kawiarni, właściciel pewnego razu wezwał ją do piwnicy, a dziewięć miesięcy później urodziła chłopca, zaniosła go do lasu, wcisnęła mu do ust tę chustkę i zakopała dziecko. Przed sądem tłumaczyła, że nie miała czym go karmić. Kiedy Małgorzata pyta o właściciela kawiarni, Behemot protestuje, że to przecież nie on udusił dziecko. Frieda zbliża się do Małgorzaty i rozpaczliwie powtarza własne imię. Królowa, nie mogąc pozostać całkowicie obojętna na jej stan, pyta, czy lubi szampana, życzy jej, żeby tej nocy się upiła i o niczym nie myślała. Korowiow natychmiast jest niezadowolony z przedłużania rozmowy, ponieważ na schodach tworzy się zator, a Frieda zostaje odprowadzona.

Godziny powitania gości stają się dla Małgorzaty coraz bardziej wyczerpujące. Twarze i nazwiska mieszają się, przestają robić na niej wrażenie nawet najbardziej znane i okrutne postacie. W pamięci pozostaje jej przede wszystkim płomiennie brodata twarz Maluty Skuratowa oraz Frieda. Ciężki medalion coraz bardziej ją przygniata, prawe ramię przeszywa ból, a kolano, całowane przez setki gości, puchnie i sinieje, mimo że Natasza od czasu do czasu przeciera je pachnącą gąbką. Pod koniec trzeciej godziny tłum wreszcie zaczyna rzednąć. Wyczerpana Małgorzata zostaje przeniesiona do komnaty z basenem, gdzie upada i płacze z bólu, ale Helia i Natasza ponownie obmywają ją i masują, przywracając siły. Korowiow oznajmia, że pozostało jeszcze jedno zadanie: gospodyni musi oblecieć sale, aby żaden z gości nie czuł się zaniedbany. Małgorzata wraca więc na bal. Widzi między innymi niezwykły małpi jazzband, w którym goryl dyryguje, orangutany grają na trąbkach, szympansy na harmoniach, pawiany na fortepianach, a inne małpy na saksofonach, skrzypcach i bębnach. Przelatuje też nad ogromnym basenem wypełnionym szampanem, do którego nagie kobiety skaczą z krzykiem i z którego wychodzą już całkowicie pijane. W tym rozgardiaszu Małgorzata ponownie zauważa błagalne oczy Friedy.

Korowiow zapowiada ostatnie wyjście. Małgorzata wraca do głównej sali, która teraz wypełniona jest tłumem stojącym wzdłuż kolumn, pozostawiającym pustą przestrzeń pośrodku. Gospodyni zostaje ustawiona na podwyższeniu. Ku jej zdumieniu zegar ponownie wybija północ, choć według jej poczucia czasu ta godzina dawno minęła. Z ostatnim uderzeniem zapada zupełna cisza. Pojawia się Woland, któremu towarzyszą Abbadona, Asasello i inni czarnowłosi młodzieńcy. Mimo uroczystego charakteru chwili Woland ma na sobie tę samą brudną i pocerowaną nocną koszulę oraz przydeptane pantofle, a obnażoną szpadą podpiera się jak laską. Asasello przynosi na tacy odciętą ludzką głowę z wybitymi przednimi zębami. Woland zwraca się do niej imieniem Michała Aleksandrowicza. Powieki głowy Berlioza unoszą się, a w martwej twarzy ukazują się żywe oczy pełne myśli i cierpienia. Woland przypomina mu, że wszystkie wcześniejsze zapowiedzi się spełniły: głowę odcięła mu kobieta, zebranie nie doszło do skutku, a sam Woland zamieszkał w jego mieszkaniu. Następnie mówi o przekonaniu Berlioza, że po śmierci człowiek po prostu przestaje istnieć, i przywołuje inną teorię, zgodnie z którą każdemu zostanie dane to, w co wierzy. Oznajmia, że Berlioz odejdzie więc w niebyt, a z jego czaszki powstanie puchar. Mięśnie i pozostałości tkanek znikają z głowy, aż na tacy pozostaje żółtawa czaszka na złotej nóżce, ze szmaragdowymi oczami i perłowymi zębami, której górna część otwiera się jak pokrywka.

Do sali zostaje wprowadzony jeszcze jeden gość, baron Meigel, którego Małgorzata rozpoznaje z moskiewskich teatrów i restauracji. Jest żywy, ale niemal nieprzytomny ze strachu. Woland przypomina, że baron sam zaproponował mu swoje usługi jako człowiek mający pokazać zagranicznemu przybyszowi wszystko, co w Moskwie warte uwagi. Następnie mówi o jego nadmiernej ciekawości i rozmowności, które, jak krążą pogłoski, miały w niedalekiej przyszłości doprowadzić go do bardzo przykrego końca. Ponieważ Meigel sam zaprosił się do Wolanda z zamiarem podsłuchiwania i podpatrywania, gospodarz postanowił skrócić mu okres oczekiwania. Abbadona zdejmuje na moment ciemne okulary, a niemal równocześnie Asasello strzela. Baron pada z krwią tryskającą z piersi, Korowiow podstawia pod strumień czaszkę Berlioza, a kiedy puchar jest już pełny, podaje go Wolandowi. Gospodarz wznosi toast za swoich gości. Następnie jego strój gwałtownie się zmienia: znika nocna koszula i pantofle, pojawia się czarna chlamida oraz szpada u boku. Woland podchodzi do Małgorzaty i nakazuje jej pić z czaszki. Kobieta jest przerażona, ale słyszy szepty zapewniające, że nie powinna się bać, ponieważ przelana krew dawno wsiąkła w ziemię, a tam, gdzie ją rozlano, dojrzewają już winogrona. Małgorzata wypija łyk. Przez jej ciało przechodzi słodkie ciepło, słyszy jakby pianie kogutów i marsz, a cała balowa rzeczywistość zaczyna się rozpadać. Goście tracą ludzkie postacie i obracają się w proch, znikają kolumny, światła, fontanny i kwiaty. Po chwili pozostaje zwyczajny salon dawnej jubilerowej i niedomknięte drzwi, przez które Małgorzata przechodzi.

Rozdział 24. „Wydobycie mistrza”

Po balu wszystko w sypialni Wolanda wygląda niemal tak samo jak wcześniej. Woland ponownie siedzi na łóżku w nocnej koszuli, Helia nakrywa do kolacji stół, przy którym wcześniej rozgrywano partię szachów, Korowiow i Asasello zdjęli fraki, a Behemot zachował muszkę, choć przemieniła się w brudną szmatkę. Małgorzata jest skrajnie wyczerpana, ledwo stoi na nogach i opiera się o stół. Woland pyta, czy bal bardzo ją wymęczył. Kobieta zapewnia, że nie. Behemot nalewa jej przezroczysty płyn. Małgorzata sądzi, że to wódka, czym kot czuje się obrażony, ponieważ, jak wyjaśnia, jest to czysty spirytus. Na polecenie Wolanda kobieta pije. Alkohol nie szkodzi jej, przeciwnie, natychmiast przywraca siły, rozgrzewa ciało i wywołuje ogromny apetyt. Małgorzata uświadamia sobie, że od poprzedniego ranka nic nie jadła, i zaczyna z wielkim apetytem jeść kawior i mięso. Przy drugim kieliszku odzyskuje już niemal całkowicie energię. Behemot popisuje się przy stole, między innymi posypuje przyprawami ananasa i wypija kolejną porcję spirytusu, czym wywołuje aplauz pozostałych. Małgorzata pyta Asasella, czy to on zastrzelił barona Meigla. Asasello potwierdza. Rozmowa schodzi na jego umiejętności strzeleckie, a gdy wspomniany zostaje Łatuński, Małgorzata przyznaje Wolandowi, że tego wieczoru zdemolowała mieszkanie krytyka, ponieważ „zgubił pewnego mistrza”. Asasello i Behemot natychmiast chcą dokończyć sprawę na swój sposób, ale Małgorzata stanowczo prosi Wolanda, aby nikomu więcej niczego nie robiono.

Przy stole Korowiow demonstruje umiejętności strzeleckie Asasella. Małgorzata paznokciem zaznacza jedno z serduszek na karcie, Helia ukrywa ją pod poduszką, a Asasello, siedząc odwrócony plecami, strzela przez ramię i przebija dokładnie oznaczone miejsce. Małgorzata jest pod wrażeniem. Kolacja trwa dalej, aż według wszystkich oznak zbliża się szósta rano. Małgorzata zaczyna sądzić, że powinna odejść. Nie chce sama prosić o zapłatę ani przypominać o tym, co sugerował Asasello, dlatego nieśmiało oznajmia, że jest późno. Woland pyta chłodno, dokąd się śpieszy, a pozostali milczą. Małgorzatę ogarnia wstyd z powodu nagości, więc wstaje. Korowiow narzuca jej na ramiona stary szlafrok Wolanda. Nikt jej nie zatrzymuje ani nie proponuje żadnej nagrody, przez co kobieta czuje się oszukana i rozpaczliwie myśli, że nie ma już dokąd wrócić. Mimo tego postanawia nie prosić o nic, pożegnać się, a później ewentualnie dojść do rzeki i się utopić. Wtedy Woland niespodziewanie każe jej usiąść i pyta, czy nie chciałaby czegoś powiedzieć na pożegnanie. Małgorzata odpowiada z dumą, że nie ma nic do powiedzenia, ale jeżeli nadal jest potrzebna, wykona wszystko, czego od niej zażądają, ponieważ nie jest zmęczona i znakomicie bawiła się na balu. Woland wyjaśnia, że była to próba, i mówi, aby nigdy nikogo o nic nie prosiła, szczególnie tych, którzy są od niej potężniejsi, ponieważ sami zaproponują i sami dadzą. Następnie pyta wprost, czego chce w zamian za pełnienie roli gospodyni.

Małgorzata jest gotowa wypowiedzieć swoje najważniejsze życzenie, kiedy nagle przypomina sobie Friedę i własną obietnicę. Pyta Wolanda, czy może zażądać spełnienia jednego życzenia, a kiedy ten potwierdza, prosi, aby Friedzie przestano przynosić chusteczkę, którą zadusiła swoje dziecko. Woland komentuje pojawienie się miłosierdzia i pyta, czy Małgorzata uważa się za osobę szczególnie dobrą i moralną. Ona zaprzecza. Wyjaśnia, że nie kieruje nią poczucie własnej dobroci, lecz świadomość, iż nierozważnie dała Friedzie nadzieję; kobieta uwierzyła w jej potęgę, a Małgorzata nie mogłaby później spokojnie żyć, wiedząc, że ją zawiodła. Woland odpowiada jednak, że nie zamierza sam spełnić tej prośby, ponieważ miłosierdzie należy do innego „resortu”. Pozwala natomiast Małgorzacie samodzielnie załatwić sprawę. Królowa woła Friedę. Kobieta natychmiast pojawia się w pokoju, naga, potargana i przerażona. Małgorzata oznajmia jej: „Wybaczono ci. Nie będą ci już więcej przynosić chustki”. Frieda pada na podłogę przed nią, po czym na gest Wolanda znika.

Małgorzata uważa, że wykorzystała już swoją nagrodę i zaczyna się żegnać, lecz Woland stwierdza, że w rzeczywistości niczego dla Friedy nie zrobił i jej prośba nie może być liczona jako zapłata za bal. Pyta więc ponownie, czego Małgorzata pragnie dla siebie. Tym razem kobieta odpowiada bez wahania, że chce natychmiast odzyskać ukochanego mistrza. Do pokoju wpada gwałtowny wiatr, otwiera się okno i na smugę księżycowego światła spełza postać człowieka w szpitalnym szlafroku, rannych pantoflach i czarnej czapeczce z literą M. Jest to mistrz. Wygląda na przerażonego, twarz ma nieogoloną i nerwowo spogląda na płomienie świec. Małgorzata natychmiast rzuca się ku niemu, całuje go i tuli, nie mogąc powstrzymać łez. Mistrz początkowo odpycha ją, mówi, że jest bardzo chory, boi się i uważa całą sytuację za kolejną halucynację. Małgorzata uspokaja go, zapewniając, że wszystko jest prawdziwe i że jest przy nim. Korowiow podsuwa mistrzowi krzesło, a Woland poleca podać mu coś do picia. Pierwszy kieliszek uspokaja chorego na tyle, że rozpoznaje Małgorzatę, po drugim jego oczy odzyskują przytomność. Na pytanie Wolanda, kim jest, odpowiada, że obecnie jest nikim i przybył z „domu udręki”, ponieważ jest psychicznie chory. Małgorzata protestuje i mówi Wolandowi, że stojący przed nim człowiek jest mistrzem i zasługuje na uzdrowienie.

Woland pyta mistrza, czy wie, z kim rozmawia. Ten odpowiada, że w klinice poznał Iwana Bezdomnego, który opowiedział mu o Wolandzie, dlatego zmuszony jest wierzyć, choć spokojniej byłoby mu traktować całą scenę jako halucynację. Behemot natychmiast zaczyna żartować, że sam wygląda jak szczególnie przekonująca halucynacja, ale zostaje uciszony. Woland pyta, dlaczego Małgorzata nazywa ukochanego mistrzem. Ten odpowiada, że jest to jej słabość i że ma zbyt wysokie mniemanie o napisanej przez niego powieści. Kiedy ujawnia, że powieść dotyczy Poncjusza Piłata, Woland reaguje szczególnym zainteresowaniem i prosi o rękopis. Mistrz odpowiada, że spalił książkę w piecu. Wtedy pada charakterystyczne stwierdzenie Wolanda, że „rękopisy nie płoną”. Na jego polecenie Behemot wstaje z miejsca, ujawniając, że siedział na grubym stosie maszynopisów, i wręcza Wolandowi egzemplarz powieści. Małgorzata natychmiast rozpoznaje rękopis. Mistrz reaguje jednak nie radością, lecz powrotem lęku i rozpaczy, zaczyna drżeć i mówić, że ani nocą, ani przy księżycu nie zazna spokoju. Kolejny kieliszek ponownie go uspokaja.

Woland wraca do pytania o pragnienia Małgorzaty. Pozwala jej najpierw szepnąć kilka słów mistrzowi. Ten odpowiada, że jest już za późno i nie chce od życia niczego oprócz możliwości widzenia ukochanej, radzi jej jednak odejść, ponieważ przy nim zginie. Małgorzata stanowczo odmawia porzucenia go i prosi Wolanda, aby mogli wrócić do sutereny przy Arbacie, gdzie znowu paliłaby się lampa i wszystko wyglądałoby jak dawniej. Mistrz uważa takie pragnienie za niemożliwe: w suterenie mieszka już ktoś inny, a rzeczy, które minęły, nie wracają w identycznej postaci. Woland przyznaje, że zwykle tak jest, ale proponuje jednak spróbować. Woła Asasella, po czym z sufitu spada przerażony mężczyzna w samej bieliźnie, z kaszkietem i walizką. Jest nim Alojzy Mogarycz. Asasello pyta, czy po przeczytaniu artykułu Łatuńskiego o powieści mistrza napisał na niego donos i czy chciał zająć jego mieszkanie. Mogarycz zalewa się łzami i w strachu mówi między innymi o wstawionej wannie i pobieleniu mieszkania. Asasello odpowiada, że dobrze, iż wstawił wannę, ponieważ mistrz powinien się kąpać, po czym każe mu wynosić się. Mogarycz zostaje obrócony do góry nogami i wyrzucony przez otwarte okno.

Korowiow zajmuje się następnie wszelkimi administracyjnymi śladami pobytu mistrza w klinice i nieobecności w dawnym mieszkaniu. Pali jego historię choroby, z księgi meldunkowej usuwa wpis Alojzego Mogarycza, tak jakby ten nigdy nie mieszkał w suterenie, po czym oddaje Małgorzacie jej pamiątki: nadpalony brulion, zasuszoną różę, fotografię oraz książeczkę oszczędnościową z dziesięcioma tysiącami rubli. Behemot pakuje do walizki egzemplarze powieści. Korowiow wręcza również Małgorzacie dokumenty. Woland przypomina wtedy o świcie Małgorzaty i pyta, dokąd ma ją odesłać. Wbiega Natasza. Małgorzata każe jej wrócić do willi, ale służąca pada na kolana i błaga, aby pozwolono jej pozostać wiedźmą. Pokazuje złote monety otrzymane podczas balu i mówi, że monsieur Jacques nawet się jej oświadczył. Woland wyraża zgodę. Uszczęśliwiona Natasza całuje Małgorzatę i wylatuje przez okno. Dopiero tutaj Natasza osobiście prosi o możliwość pozostania wiedźmą.

Po niej pojawia się Mikołaj Iwanowicz, któremu przywrócono już ludzką postać. Jest ponury i przede wszystkim domaga się urzędowego zaświadczenia potwierdzającego, gdzie spędził noc, ponieważ chce pokazać je żonie. Behemot zgadza się zrobić wyjątek od zasady niewydawania takich dokumentów. Helia siada przy maszynie, a kot dyktuje zaświadczenie stwierdzające, że Mikołaj Iwanowicz spędził noc na balu u szatana, gdzie został wykorzystany jako środek lokomocji, dokładniej „wieprz”. Behemot odmawia wpisania daty, twierdząc, że z datą dokument byłby nieważny, przybija pieczątkę „zapłacono”, po czym Mikołaj znika. Kolejnym przybyszem jest Warionucha. Prosi o zwolnienie z postaci wampira, wyjaśniając, że nie jest krwiożerczy i że razem z Helią omal nie doprowadzili Rimskiego do śmierci. Asasello przypomina mu, że nie należy kłamać ani obrażać ludzi przez telefon, i pyta, czy już więcej tego nie zrobi. Warionucha obiecuje poprawę i zostaje odesłany do domu.

Woland zostaje sam z mistrzem i Małgorzatą. Pyta mistrza o powieść i o Piłata, lecz ten odpowiada, że znienawidził swoją książkę. Małgorzata błaga, aby tak nie mówił, przypominając, że włożyła w tę powieść całe swoje życie. Woland pyta, co w takim razie mistrz zamierza robić w przyszłości. Małgorzata zapewnia, że proponowała mu różne pomysły, ale żadnego nie przyjmował. Woland zapowiada, że powieść jeszcze sprawi autorowi niejedną niespodziankę, po czym pyta Małgorzatę, czy wszystkie jej życzenia zostały spełnione. Na pożegnanie wręcza jej niewielką złotą podkówkę wysadzaną diamentami. Kobieta początkowo odmawia, ale ostatecznie zawija ją w serwetkę. Dopiero wtedy zwraca uwagę, że od bardzo dawna nieustannie jest północ i świt nie nadchodzi. Woland odpowiada, że świąteczną północ dobrze jest trochę przedłużyć. Życzy obojgu szczęścia. Mistrz i Małgorzata opuszczają mieszkanie w towarzystwie świty. Helia niesie walizkę z powieścią i rzeczami Małgorzaty, kot jej pomaga.

Podczas schodzenia coś miękko uderza o podest, ale nikt nie zwraca na to uwagi. Na dole czeka czarny samochód prowadzony przez gawrona. Dopiero przed wejściem do samochodu Małgorzata odkrywa, że zgubiła podkówkę. Asasello każe jej i mistrzowi czekać, a sam wraca na górę. Narracja cofa się wtedy o kilka chwil i wyjaśnia los prezentu. Annuszka, zwana również Gangreną, mieszkanka lokalu numer czterdzieści osiem, wcześniej obserwowała z ukrycia wydarzenia na klatce schodowej. Najpierw zobaczyła Alojzego Mogarycza, który w samej bieliźnie i z walizką wybiegł z góry, po czym wyleciał przez okno, nie rozbijając się na podwórzu. Potem podobnie zniknął człowiek z bródką, a za nim jeszcze jeden mężczyzna. Wreszcie dostrzegła właściwy pochód: bladego, zarośniętego człowieka w szlafroku i czapeczce, podtrzymywanego przez dziwnie ubraną kobietę, następnie nagą kobietę z walizką i ogromnym kotem oraz zamykającego grupę niewysokiego cudzoziemca z bielmem na oku. Po ich przejściu Annuszka znajduje na podeście zawiniątko z diamentową podkówką i natychmiast je chowa, rozważając różne sposoby wykorzystania klejnotu.

Asasello pojawia się przed nią i żąda oddania podkówki oraz serwetki. Annuszka początkowo udaje, że niczego nie znalazła, ale gdy cudzoziemiec zaciska na jej gardle twarde i zimne palce, natychmiast zmienia wersję i twierdzi, że podniosła przedmiot wyłącznie po to, aby nikt go nie ukradł. Asasello odzyskuje własność Małgorzaty, po czym niezwykle uprzejmie dziękuje Annuszce i daje jej dwieście rubli znaleźnego. Już odchodząc, bez zagranicznego akcentu ostrzega, żeby następnym razem znalezioną cudzą rzecz zaniosła na milicję zamiast chować za pazuchą. Godzinę później Małgorzata i mistrz są już w swojej dawnej suterenie. Wszystko wygląda jak przed zniknięciem mistrza. Przy stole pod lampą siedzi Małgorzata, przed nią leży nadpalony brulion oraz pozostałe, nietknięte egzemplarze powieści, a mistrz śpi spokojnie w sąsiednim pomieszczeniu, przykryty szpitalnym szlafrokiem. Małgorzata płacze jednocześnie ze szczęścia i wyczerpania. Gdy się uspokaja, zaczyna pieścić i oglądać odzyskany maszynopis. Przez chwilę nawiedza ją lęk, że wszystko jest tylko czarem i rękopis zaraz zniknie, a ona obudzi się ponownie w willi, lecz nic takiego się nie dzieje. Może więc do świtu czytać dalej dokładnie od fragmentu o ciemności nadciągającej nad Jeruszalaim.

Rozdział 25. „Jak procurator usiłował ocalić Judę z Kiriatu”

Narracja ponownie przenosi się do Jeruszalaim i rozpoczyna od słów czytanych przez Małgorzatę. Ciemność nadciągająca znad Morza Śródziemnego pochłania miasto, wzgórza, świątynię i pałac Heroda. Burzowa chmura zasłania Jeruszalaim, błyskawice na moment wydobywają z ciemności budowle, po czym wszystko ponownie znika. Wreszcie rozpoczyna się gwałtowna ulewa i huragan. Na tarasie pałacu przebywa sam Poncjusz Piłat. Nie siedzi już na tronie, lecz leży na sofie przy stole zastawionym jedzeniem i winem; drugie miejsce pozostaje puste. Wcześniej sługa próbował nakrywać stół, ale przerażony burzą rozbił dzban, a Piłat odprawił go i pozostał sam. Czeka na człowieka, który był obecny podczas egzekucji. Kiedy burza powoli słabnie, słyszy odgłosy powracającej z Nagiej Góry jazdy, a wkrótce na tarasie pojawia się przemoczony mężczyzna w kapturze, ten sam, który wcześniej spotkał się z nim potajemnie i obserwował kaźń. Piłat nakazuje mu się osuszyć i przebrać. Po krótkiej przerwie gość wraca w suchym wojskowym płaszczu. Procurator nie pozwala od razu przejść do raportu, lecz każe mu usiąść, zjeść i napić się wina. Dopiero po posiłku i toaście za cesarza zostają sami.

Piłat pyta najpierw o sytuację w mieście. Gość uważa, że kohortę Błyskawic można już odesłać. Procurator z ulgą mówi o własnej niechęci do Jeruszalaim, świąt, magów, fanatyków, donosów i nieustannego zagrożenia niepokojami. Następnie interesuje się Bar Rawanem i słyszy, że po uwolnieniu prawdopodobnie nie będzie już groźny, a ludzie tajnej służby będą go stale obserwować. Dopiero potem Piłat przechodzi do egzekucji. Upewnia się, że nie było protestów tłumu i że jego rozmówca osobiście stwierdził śmierć skazańców. Pyta również o napój przeciwbólowy. Dowiaduje się, że Jeszua odmówił jego wypicia i powiedział jedynie, że dziękuje oraz że nie ma żalu o to, iż pozbawiono go życia. Nie wskazał, do kogo konkretnie nie żywi żalu. Piłat zwraca uwagę, że choć obecnie nie udało się odnaleźć naśladowców Jeszui, nie można zagwarantować, że w ogóle ich nie ma, dlatego aby uniknąć jakichkolwiek niespodzianek, nakazuje jak najszybciej i bez rozgłosu usunąć wszystkie trzy ciała oraz pogrzebać je potajemnie. Nie określa tego działania jako próby powstrzymania powstania kultu; wprost mówi o uniknięciu ewentualnych niespodzianek związanych z możliwymi zwolennikami.

Piłat zatrzymuje jednak komendanta tajnej służby, gdy ten chce odjechać. Najpierw chwali jego zasługi i zapowiada, że zamelduje o nich Rzymowi, prosząc jednocześnie, aby gdyby zaoferowano mu awans związany z przeniesieniem, pozostał jednak przy procuratorze. Następnie przechodzi do drugiej sprawy i po raz pierwszy zwraca się do rozmówcy po imieniu, Afraniusz. Pyta o Judę z Kiriatu. Dowiaduje się, że młody człowiek, bardzo przystojny i szczególnie przywiązany do pieniędzy, pracuje w kantorze wymiany należącym do jego krewnego i tego wieczoru ma otrzymać pieniądze w pałacu Kajfasza za swoją rolę w sprawie Jeszui. Wtedy Piłat oznajmia, że dotarła do niego wiadomość, według której Juda zostanie tej nocy zasztyletowany. Afraniusz twierdzi, że nic o takim planie nie wie. Procurator przedstawia więc własną wersję otrzymanego raportu: podobno potajemni zwolennicy Ha-Nocri, rozwścieczeni zdradą Judy, chcą go zabić, odebrać mu zapłatę i podrzucić pieniądze arcykapłanowi z informacją, że są to „przeklęte pieniądze”. Piłat poleca Afraniuszowi zrobić wszystko, co w jego mocy, aby Judę ocalić. Komendant zwraca uwagę na trudność takiej operacji: hipotetyczni zabójcy musieliby w ciągu jednej nocy odnaleźć Judę, zabić go, ustalić wysokość zapłaty i jeszcze dostarczyć pieniądze Kajfaszowi. Piłat mimo to z uporem powtarza, że Juda tej nocy zostanie zamordowany, ponieważ ma takie przeczucie.

Kiedy Afraniusz ma już odejść, Piłat przypomina sobie jeszcze o dawnym długu. Wyjaśnia, że w czasie wjazdu do Jeruszalaim zabrakło mu pieniędzy, które chciał rzucić żebrakom, i wtedy Afraniusz mu ich użyczył. Wyciąga spod płaszcza skórzaną sakiewkę i oddaje ją komendantowi. Tekst przedstawia ten gest jako zwrot starego długu i nie określa sakiewki jako zapłaty za jakiekolwiek przyszłe zabójstwo. Piłat poleca jeszcze, aby Afraniusz złożył tej samej nocy raport zarówno o pogrzebie skazańców, jak i o sprawie Judy z Kiriatu. Gdy komendant odchodzi, procurator dopiero zauważa, że słońce całkowicie zaszło.

Rozdział 26. „Złożenie do grobu”

Po odejściu Afraniusza Piłat wyraźnie się zmienia. Wydaje się nagle starszy, przygarbiony i niespokojny. W mroku zdaje mu się nawet, że ktoś siedzi na pustym tronie. Zaczyna chodzić pod kolumnadą, bezmyślnie chwytać puchar i przyglądać się posadzce. Wreszcie gwiżdże i przywołuje Bangę. Ogromny szary pies natychmiast pojawia się przy swoim panu, opiera łapy na jego ramionach, liże go po twarzy i kładzie się u jego stóp. Banga cieszy się z końca burzy i z obecności ukochanego człowieka, ale szybko wyczuwa, że Piłata spotkało nieszczęście. Wstaje więc, kładzie głowę i łapy na kolanach procuratora i pozostaje przy nim, jakby chciał go pocieszyć. Człowiek i pies razem witają świąteczną noc.

Tymczasem Afraniusz natychmiast przystępuje do działania. Po krótkiej wizycie w koszarach z pałacu wyjeżdżają trzy wozy załadowane łopatami, kilofami oraz beczką z wodą, eskortowane przez piętnastu konnych. Kierują się na Nagą Górę. Sam Afraniusz, przebrany w ciemny, zniszczony chiton, nie jedzie za nimi, lecz udaje się do miasta, najpierw w okolice twierdzy Antoniusza, później do Dolnego Miasta. Na ulicy Greckiej odnajduje dom sąsiadujący ze sklepem z dywanami i cicho woła Nisę. Pojawia się młoda kobieta. Afraniusz pyta, czy jest sama; Nisa odpowiada, że mąż wyjechał do Caesarei, a w domu pozostała tylko służąca. Mężczyzna spędza wewnątrz nie więcej niż kilka minut, po czym odjeżdża. Narrator nie podaje treści tej rozmowy. Po jego odejściu Nisa szybko się przebiera, nadal nie zapalając światła, i oznajmia służącej, że idzie do Enanty. Służąca protestuje, ponieważ mąż Nisy zabronił jej kontaktów z tą kobietą, którą nazywa rajfurką, lecz Nisa opuszcza dom.

W tym samym czasie z innego domu w Dolnym Mieście wychodzi odświętnie ubrany młody mężczyzna z przystrzyżoną bródką, białym kefim, nowym błękitnym tallitem i nowymi sandałami. Jest to Juda z Kiriatu. Udaje się do pałacu Kajfasza, a po krótkiej wizycie wychodzi stamtąd i wraca w stronę Dolnego Miasta. Na placu targowym wyprzedza go Nisa. Juda natychmiast ją rozpoznaje i biegnie za nią. Kobieta początkowo zachowuje się chłodno. Juda przypomina, że byli umówieni i że miał odwiedzić ją w domu. Nisa odpowiada, że zaczęła się nudzić i postanowiła wyjść za miasto posłuchać słowików. Juda błaga, aby pozwoliła mu sobie towarzyszyć. Ostatecznie Nisa zgadza się, ale nakazuje zachować ostrożność, aby nikt znajomy nie zobaczył jej z kochankiem. W bramie jakiegoś podwórza podaje szczegółowe instrukcje. Juda ma udać się do Getsemani, przejść przez Kedron, minąć wytłaczarnię oliwek i skierować się ku grocie, gdzie Nisa będzie na niego czekała. Nie może jednak iść tuż za nią. Kobieta odchodzi pierwsza, a Juda pozostaje przez chwilę sam, próbując wymyślić usprawiedliwienie swojej nieobecności przy rodzinnym stole paschalnym.

Zakochany Juda opuszcza miasto przez bramę Getsemani. Nie zwraca właściwie uwagi na świąteczne światła, trąby, patrole i tłum, ponieważ myśli wyłącznie o spotkaniu z Nisą. Przechodzi przez Kedron, wchodzi do gaju oliwnego i kieruje się ku grocie, zgodnie z otrzymanymi wskazówkami. Wokół nikogo nie ma, słychać jedynie słowiki. Juda woła Nisę. Zamiast kobiety zza drzewa wychodzi krępy mężczyzna. Drugi natychmiast odcina drogę odwrotu. Pierwszy pyta Judę, ile pieniędzy tego dnia otrzymał. Przerażony młodzieniec odpowiada, że trzydzieści tetradrachm, ma je przy sobie i chętnie odda, byle tylko zachowano go przy życiu. Jeden z napastników wyrywa sakiewkę, drugi wbija Judzie nóż pod łopatkę, a pierwszy przyjmuje osuwające się ciało i wbija własny nóż prosto w serce. Ostatnim wypowiedzianym przez Judę słowem jest imię Nisy. Wtedy pojawia się trzeci człowiek, odziany w płaszcz z kapturem, i nakazuje działać szybko. Mordercy zawijają pieniądze razem z otrzymaną od niego kartką w kawałek skóry, przewiązują pakunek i znikają pomiędzy drzewami. Człowiek w kapturze ogląda ciało Judy, po czym również odchodzi. Narrator nie przedstawia Nisy jako bezpośredniej uczestniczki samego zabójstwa; jej rola w tej części fabuły polega na wyprowadzeniu Judy w umówione miejsce.

Zakapturzony mężczyzna przedostaje się przez gaj, schodzi do Kedronu i spotyka dwóch oczekujących jeźdźców. Jeden z nich przekazuje mu konia. Po pewnym czasie towarzysz odjeżdża, a człowiek w kapturze zatrzymuje się, odwraca płaszcz na drugą stronę, wkłada wojskowy hełm i w jednej chwili wygląda już jak rzymski żołnierz. Wjeżdża do Jeruszalaim, którego ulice są oświetlone z okazji święta, po czym wraca w stronę pałacu Heroda. Piłat tymczasem każe przygotować sobie posłanie pod kolumnadą, ponieważ nie chce spać we wnętrzu pałacu. Długo patrzy na księżyc, nie mogąc zasnąć, aż około północy w końcu zapada w sen. Banga układa się obok niego.

We śnie Piłat wchodzi na świetlistą drogę prowadzącą ku księżycowi. Towarzyszą mu Banga i Jeszua. Procurator i filozof prowadzą interesującą, nieskończoną rozmowę, a egzekucja okazuje się jedynie nieporozumieniem, skoro Jeszua idzie tuż obok. W rozważaniach powraca kwestia tchórzostwa. Piłat w śnie próbuje usprawiedliwić własne zachowanie obowiązkiem wobec cesarza i lękiem przed zniszczeniem kariery, jednocześnie cierpiąc z powodu swojej decyzji. Jeszua mówi, że teraz będą już zawsze razem i że gdy wspominany będzie jeden z nich, pamięć przywoła również drugiego. Piłat z radością prosi go, aby o nim pamiętał. Sen jest dla procuratora niezwykle szczęśliwy, dlatego przebudzenie okazuje się tym bardziej bolesne. Świetlista droga znika, Banga wyje do księżyca, a przed Piłatem stoi Marek Szczurza Śmierć z pochodnią. Półprzytomny procurator mówi, że nawet przy księżycu nie zazna spokoju. Po chwili Marek informuje go, że przybył komendant tajnej służby.

Afraniusz melduje, że nie zdołał uratować Judy, który zgodnie z przeczuciem Piłata został zasztyletowany, i formalnie prosi o oddanie go pod sąd oraz dymisję. Przynosi zakrwawioną sakiewkę zawierającą trzydzieści tetradrachm, podrzuconą już do pałacu Kajfasza. Twierdzi, że nie wie, gdzie znajduje się ciało Judy, choć jest pewien jego śmierci. Na pytanie Piłata odpowiada, że zamierza szukać zwłok w pobliżu wytłaczarni oliwek w Getsemani. Wyjaśnia również sposób podrzucenia pieniędzy: pakunek z notatką przerzucono przez mur na tyły pałacu Kajfasza, co wywołało tam wielkie zamieszanie. Gdy Afraniusz zapytał, czy w pałacu wypłacono komuś pieniądze, odpowiedziano mu stanowczo, że nie. Piłat przyjmuje te informacje i przechodzi do kwestii pochówku.

Afraniusz informuje, że podczas gdy on zajmował się sprawą Judy, oddział tajnej służby pod dowództwem jego zastępcy Tolmaja pojechał na Nagą Górę. Na miejscu brakowało ciała Jeszui. Znaleziono za to zwłoki Dismosa i Gestasa, którym ptaki zdążyły już wydziobać oczy. Poszukiwania trzeciego ciała szybko doprowadziły ludzi do pieczary na północnym zboczu wzgórza, gdzie Mateusz Lewita ukrywał się wraz z nagim ciałem Jeszui. Na widok straży Lewita wpadł w rozpacz, krzyczał, groził i nie chciał oddać zwłok. Twierdził, że ma prawo sam pochować skazańca. Kiedy wyjaśniono mu, że ciało rzeczywiście zostanie pogrzebane, uspokoił się, ale zażądał udziału w pochówku i odmówił odejścia nawet pod groźbą śmierci. Tolmaj pozwolił mu pojechać razem z oddziałem. Ciała wszystkich trzech skazańców zabrano do pustynnego wąwozu na północ od Jeruszalaim. Tam wykopano głęboki dół. Skazańców pochowano odzianych w specjalnie zabrane chitony, a na ich palce założono pierścienie oznaczające tożsamość: Jeszui z jednym nacięciem, Dismosowi z dwoma, Gestasowi z trzema. Grób zasypano i obłożono kamieniami, a Tolmaj zapamiętał znak umożliwiający późniejsze odnalezienie miejsca. Piłat nagradza Afraniusza własnym pierścieniem, poleca przyznać nagrody ludziom uczestniczącym w pochówku, a wywiadowcom, którzy zgubili Judę, udzielić nagany. Dowiedziawszy się, że Mateusz znajduje się w pałacu, każe natychmiast go przyprowadzić.

Mateusz wchodzi pod kolumnadę brudny, wychudzony, obdarty i pokryty zaschniętym błotem. Jest tak zmęczony, że niemal się przewraca. Piłat proponuje mu tron, ale Lewita siada obok niego na podłodze, ponieważ boi się zabrudzić złote siedzisko. Procurator obiecuje jedzenie, lecz Mateusz odmawia. Piłat wie, że mężczyzna głodował, ale nie naciska i prosi o nóż, który znaleziono przy nim. Lewita wyjaśnia, że żołnierze odebrali mu go przy wejściu, a następnie prosi, aby po rozmowie został zwrócony właścicielowi, ponieważ ukradł go ze sklepu piekarza przy bramie Hebronu. Na pytanie, dlaczego go ukradł, odpowiada, że potrzebował go do przecięcia sznurów. Marek podaje nóż Piłatowi. Procurator ogląda ostrze i mówi Mateuszowi, aby nie martwił się o przedmiot, ponieważ nóż zostanie zwrócony do sklepiku piekarza. Nie oddaje go Lewicie. Następnie prosi o pergamin z zapiskami słów Jeszui. Mateusz podejrzewa, że procurator chce mu go odebrać, ale Piłat wyjaśnia, że chce tylko zobaczyć. Czyta chaotyczne notatki, wśród których pojawiają się fragmenty dotyczące braku śmierci, rzeki wody życia i ludzkości patrzącej w słońce przez przezroczysty kryształ. Potem zwraca pergamin właścicielowi.

Piłat proponuje Mateuszowi służbę w swojej wielkiej bibliotece w Caesarei. Obiecuje mu jedzenie, ubranie i zajęcie przy papirusach. Lewita odmawia, ponieważ uważa, że Piłat po śmierci Jeszui nie będzie potrafił patrzeć mu w twarz. Nie chce również pieniędzy. Procurator zarzuca mu, że nie zrozumiał nauki Jeszui, przypominając, że sam Ha-Nocri przed śmiercią powiedział, iż nikogo nie obwinia. Mateusz w odpowiedzi oznajmia, że jest w Jeruszalaim człowiek, którego zamierza zamordować, i chce, aby Piłat wiedział, że poleje się jeszcze krew. Procurator pyta, czy chodzi o niego samego. Lewita przyznaje, że zabicie rzymskiego namiestnika jest poza jego możliwościami, ale przysięga poświęcić resztę życia na zabicie Judy z Kiriatu. Wtedy Piłat z wyraźnym zadowoleniem informuje go, że nie będzie miał takiej możliwości, ponieważ Juda został już tej nocy zabity. Zszokowany Mateusz pyta, kto tego dokonał. Piłat odpowiada: „Ja to uczyniłem”, po czym łagodzi to stwierdzenie, przyznając, że sam zrobił niewiele, ale mimo wszystko przypisuje sobie udział w wydarzeniu. Dopiero wtedy ponownie pyta, czy Lewita przyjmie coś od niego. Mateusz przez chwilę myśli, po czym prosi jedynie o kawałek czystego pergaminu. Godzinę później nie ma go już w pałacu. Nad Jeruszalaim pojawia się świt, a Piłat śpi pod kolumnadą z dłonią pod policzkiem; obok niego śpi Banga. Tak piąty procurator Judei spotyka świt piętnastego nisana.

Rozdział 27. „Zagłada mieszkania numer pięćdziesiąt”

Kiedy Małgorzata kończy czytać ostatnie zdanie rozdziału o Poncjuszu Piłacie, nad Moskwą jest już sobotni świt. W suterenie panuje zupełny spokój: mistrz śpi mocno w sąsiednim pokoju, Małgorzata gasi lampę i sama zasypia niemal natychmiast, nie przeżywając już żadnego psychicznego wstrząsu związanego z wydarzeniami poprzedniej nocy. Tymczasem w jednej z moskiewskich instytucji przez całą noc trwa intensywne śledztwo w sprawie Wolanda i wydarzeń ostatnich dni. Prowadzący próbują połączyć w jedną całość śmierć Berlioza, skandal w Varietes, tajemnicze zniknięcia kilku osób, przemiany pieniędzy, zachowanie śpiewających urzędników, porwanie głowy zmarłego oraz wszystko, co wiąże się z mieszkaniem numer pięćdziesiąt. Jednym z pierwszych ważnych świadków jest Arkadiusz Apołłonowicz Siemplejarow. Musi szczegółowo opowiedzieć zarówno o samym seansie, jak i o kompromitującej go historii z Milicą Andriejewną Pokobatko oraz własną krewną. Jego zeznania okazują się jednak bardzo użyteczne, ponieważ dokładnie pamięta wygląd Wolanda, jego pomocników oraz nazwisko maga. Zeznania Siemplejarowa zostają zestawione z relacjami kobiet poszkodowanych podczas seansu oraz gońca Karpowa i w ten sposób śledczy dochodzą do przekonania, że głównym miejscem działalności całej grupy jest mieszkanie numer pięćdziesiąt przy Sadowej. Sam lokal był już wielokrotnie przeszukiwany. Opukiwano ściany, sprawdzano kominy i możliwe skrytki, ale za każdym razem nikogo nie znaleziono. Równocześnie wszystkie instytucje mające oficjalnie zajmować się cudzoziemcami zgodnie twierdzą, że żaden Woland nigdy się w Moskwie nie zarejestrował, nie przedstawił paszportu i nie zawarł żadnej legalnej umowy. Nawet Kitajcew z Komisji Nadzoru Widowisk zapewnia, że Stiopa Lichodiejew nie przysyłał mu programu Wolanda do zatwierdzenia i nie uzgadniał z nim żadnego występu. Prochor Piotrowicz, przewodniczący komisji, wrócił już tymczasem do własnego ciała i szarego garnituru, przy czym ku zdumieniu otoczenia zatwierdza wszystkie decyzje podpisane przez jego pusty garnitur podczas nieobecności właściciela. On również twierdzi, że o Wolandzie nic nie wie.

Śledztwo stopniowo przynosi pierwsze konkretne rezultaty dotyczące zaginionego kierownictwa Varietes. Analizując wcześniejsze zachowanie psa Askara na postoju taksówek i dokładne godziny poszczególnych wydarzeń, prowadzący dochodzą do wniosku, że Rimski mógł wyjechać z Moskwy. Telegram wysłany do Leningradu przynosi odpowiedź, że dyrektor finansowy został odnaleziony w hotelu „Astoria”, w pokoju numer czterysta dwanaście. Rimski ukrywał się tam w szafie i wyglądał jak człowiek, który postradał zmysły. Nie chce udzielać sensownych odpowiedzi i błaga właściwie tylko o jedno: żeby umieszczono go w opancerzonej celi i postawiono przed drzwiami uzbrojonych strażników. Jeszcze tego samego piątku pojawia się również ślad Stiopy. Do Moskwy przychodzi wiadomość z Jałty, że Lichodiejew rzeczywiście się tam znajduje i zostanie przetransportowany samolotem. Jedynym nadal całkowicie zaginionym człowiekiem pozostaje Warionucha. Równolegle trzeba wyjaśniać mnóstwo innych zdarzeń: śpiewający chór urzędników, który Strawińskiemu udaje się doprowadzić do normalnego stanu zastrzykami, przypadki przemiany pieniędzy w bezwartościowe przedmioty oraz przede wszystkim kradzież głowy Berlioza z trumny w Gribojedowie.

Jeden ze śledczych udaje się do kliniki Strawińskiego, gdzie po sprawdzeniu listy nowych pacjentów odnajduje Bosego, Bengalskiego i Iwana Bezdomnego. Dwaj pierwsi nie budzą już większego zainteresowania, ponieważ są traktowani jako kolejne ofiary tej samej grupy, natomiast relacja Iwana może wyjaśnić początek całej sprawy. Śledczy przychodzi do niego w piątek pod wieczór. Jeszcze niedawno poeta zrobiłby wszystko, aby ktoś zechciał poważnie wysłuchać jego historii, teraz jednak zachowuje się zupełnie inaczej. Odpowiada spokojnie, rzeczowo i obojętnie, a śmierć Berlioza nie wywołuje już w nim wcześniejszych emocji. Przed przyjściem śledczego drzemał i widział obrazy Jeruszalaim, rzymskie centurie, pałac, Poncjusza Piłata i pustą Nagą Górę. Na pytanie o moment wypadku Berlioza potwierdza, że kraciasty człowiek nie znajdował się przy samym turnikiecie, lecz siedział na ławce i nie podchodził do przewodniczącego Massolitu. Pod koniec rozmowy śledczy życzy Iwanowi szybkiego powrotu do zdrowia i wyraża nadzieję, że niedługo znów będzie czytać jego wiersze. Iwan odpowiada jednak, że więcej wierszy nie napisze, ponieważ zrozumiał, iż były złe. Śledczy wychodzi z przekonaniem, że zdobył bardzo ważne informacje. W jego interpretacji początkiem wszystkich późniejszych wydarzeń pozostaje śmierć Berlioza. Nie uważa jednak, że ktokolwiek fizycznie zepchnął go na tory; sądzi, że przewodniczący mógł zostać zahipnotyzowany i wskutek tego rzucił się albo upadł pod tramwaj. Jest to hipoteza śledczych, a nie narracyjne wyjaśnienie mechanizmu śmierci Berlioza.

W nocy z piątku na sobotę baron Meigel wchodzi do mieszkania numer pięćdziesiąt jako zaproszony gość. Śledczy wiedzą, że został wpuszczony, dlatego dziesięć minut później lokal zostaje ponownie sprawdzony. Nie odnajduje się jednak ani gospodarzy, ani nawet samego Meigla. W sobotę rano na moskiewskim lotnisku ląduje samolot z Krymu, z którego wysiada Stiepan Bogdanowicz Lichodiejew, zarośnięty, nieumyty, przerażony i odziany w bardzo osobliwy zestaw: papachę, burkę narzuconą na nocną koszulę i nowe nocne pantofle. Jest już oczekiwany i natychmiast zostaje zabrany na przesłuchanie. Jego zeznania utwierdzają prowadzących śledztwo w przekonaniu, że Woland najpierw dostał się do Varietes pod pozorem zagranicznego artysty, a później w jakiś sposób przeniósł Stiopę do Jałty. Sama skala takiego zdarzenia sprawia jednak, że schwytanie całej grupy zaczyna wydawać się jeszcze trudniejsze. Lichodiejew na własną prośbę zostaje umieszczony w bezpiecznym pomieszczeniu. Niedługo później odnajduje się również Warionucha, który sam wrócił do swojego mieszkania.

Warionucha podczas przesłuchania początkowo kłamie. Twierdzi, że w czwartek upił się w swoim gabinecie, później gdzieś pił dalej, a następnie leżał pod jakimś płotem, choć nie pamięta gdzie. Dopiero gdy zostaje ostrzeżony, że utrudnianie poważnego śledztwa może mieć konsekwencje, załamuje się, zaczyna płakać i przyznaje, że kłamie ze strachu przed zemstą ludzi, którzy wcześniej go schwytali. Tak jak Rimski błaga o zamknięcie w opancerzonej celi. Kiedy zostaje zapewniony o ochronie, szczegółowo relacjonuje pobicie przez rudego z kłem i grubego osobnika przypominającego kota, a także swój dwudniowy pobyt w mieszkaniu numer pięćdziesiąt w charakterze wampira i nocną próbę zaatakowania Rimskiego. Sam Rimski, sprowadzony z Leningradu, zachowuje się inaczej. Całkowicie odmawia potwierdzenia tej historii, twierdząc, że żadnej Helii przy oknie ani przemienionego Warionuchy nie widział, lecz po prostu źle się poczuł i w zamroczeniu wyjechał do Leningradu. Kończy jednak swoje zeznania dokładnie tą samą prośbą: chciałby znaleźć się w opancerzonej celi.

Do prowadzących śledztwo trafia także Annuszka. Zostaje zatrzymana przy próbie zapłacenia w domu towarowym na Arbacie dziesięciodolarowym banknotem. Opowiada o ludziach wylatujących przez okna, podkówce i pieniądzach otrzymanych od nieznajomego, ale przy każdym niewygodnym pytaniu zaczyna zaprzeczać oczywistym elementom własnej historii. Utrzymuje, że złotą podkówkę podniosła wyłącznie po to, aby oddać ją na milicję, że dolarów nigdy nie widziała i że z całej sprawy wynika głównie to, iż administracja domu dopuściła do zamieszkania na czwartym piętrze nieczystej siły. W końcu śledczy ma jej dość i wypuszcza ją. Przesłuchiwany jest także Mikołaj Iwanowicz, którego zazdrosna żona zgłosiła jako zaginionego. Przedstawia dziwaczne zaświadczenie podpisane przez Behemota i opowiada o locie na własnym grzbiecie Nataszy, ale z jego relacji znika kompromitująca część historii, w której sam przyszedł do pokoju służącej z koszulką Małgorzaty i składał jej propozycje. Z jego zeznań wynika jedynie, że Natasza wbrew jego woli przemieniła go w środek lokomocji i wywiozła za miasto. Prosi przede wszystkim o zachowanie całej historii w tajemnicy przed żoną. Zeznania Mikołaja pozwalają śledczym ustalić, że Małgorzata i Natasza również zniknęły bez śladu.

Tymczasem po Moskwie rozchodzą się coraz bardziej fantastyczne plotki. Opowiada się między innymi, że po występie w Varietes dwa tysiące ludzi wybiegło na ulicę nago, że na Sadowej działa drukarnia zaczarowanych banknotów i że pewna szajka porwała wielu urzędników. Około pory obiadowej śledczy otrzymują jednak bardzo konkretne zawiadomienie: mieszkanie numer pięćdziesiąt znowu daje oznaki życia. Otwierają się w nim okna, dochodzą dźwięki pianina i śpiew, a na parapecie widziano wielkiego czarnego kota wygrzewającego się w słońcu. Około czwartej po południu pod domem 302-A zatrzymują się trzy samochody. Duża grupa ludzi po cywilnemu dzieli się na dwa oddziały: jeden wchodzi frontową klatką schodową, drugi kuchennymi schodami, aby odciąć ewentualną drogę ucieczki. Korowiow i Asasello siedzą właśnie w jadalni i kończą śniadanie. Woland znajduje się w sypialni. Z kuchni słychać brzęk naczyń, co pozwala przypuszczać, że Behemot jest właśnie tam. Asasello, słysząc kroki, spokojnie oznajmia Korowiowowi, że przyszli ich aresztować.

Obie grupy równocześnie wchodzą do mieszkania. Są przygotowane bardzo starannie: poza bronią mają sieci, arkan, maski z gazy i chloroform. Przeszukują pomieszczenia, ale nie znajdują Wolanda, Korowiowa ani Asasella. W salonie na kominku siedzi natomiast Behemot z prymusem w łapach. Kot oznajmia, że nikomu nie przeszkadza i jedynie naprawia urządzenie, dodając przy okazji, iż kot jest zwierzęciem starożytnym i nietykalnym. Kiedy próbuje się go schwytać siecią, ta zamiast kota łapie dzban i rozbija go. Behemot wyciąga wtedy brauning, lecz zanim zdąży strzelić, sam zostaje trafiony z mauzera i spada z kominka w kałużę krwi. Rozpoczyna melodramatyczne pożegnanie z życiem, woła Asasella, oskarża go o porzucenie przyjaciela w nierównej walce i zapisuje mu w testamencie własny pistolet. Następnie oznajmia, że jedynym ratunkiem dla śmiertelnie rannego kota jest łyk benzyny. Pije ją prosto z prymusa, po czym rana natychmiast przestaje krwawić. Behemot wstaje zupełnie zdrowy, zabiera prymus, wspina się po ścianie i ostatecznie ląduje na żyrandolu.

Rozpoczyna się absurdalna strzelanina. Behemot strzela z góry, obecni odpowiadają ogniem, pękają szyby, lustra, żyrandol i tynk, po podłodze skaczą łuski, ale mimo ogromnej liczby wystrzałów nikt nie odnosi najmniejszej rany. Kilka kul zostaje nawet kolejno wystrzelonych prosto w głowę kota i również nie przynosi żadnego skutku. Staje się więc jasne, że jego wcześniejsze zranienie i cudowne wyleczenie benzyną były tylko przedstawieniem. Próba schwytania go arkanem kończy się zerwaniem żyrandola, a Behemot ponownie przenosi się wyżej, na ramę lustra. Wtedy z nieznanego miejsca rozlega się głos Wolanda, który pyta, co dzieje się w mieszkaniu i dlaczego przeszkadza mu się w pracy. Kolejne głosy rozpoznają w sprawcy zamieszania Behemota i przypominają, że jest sobota, słońce zachodzi i nadszedł czas odjazdu. Kot przeprasza więc funkcjonariuszy, że nie może dłużej prowadzić z nimi rozmowy, wybija brauningiem szyby w oknie i oblewa mieszkanie benzyną z prymusa. Benzyna zapala się natychmiast z wyjątkową gwałtownością. Płoną tapety, zasłony, futryny i parkiet, a Behemot wyskakuje przez okno z prymusem i wspina się po rynnie na dach. Jest ostrzeliwany zarówno podczas ucieczki, jak i później na dachu, lecz bez skutku.

W płonącym salonie w miejscu, gdzie wcześniej leżał rzekomo postrzelony kot, zaczyna materializować się ciało barona Meigla. Przybyli nie są już w stanie wydobyć zwłok z ognia. Muszą uciekać z mieszkania, a ktoś jeszcze zdąża zadzwonić po straż pożarną. Płomienie szybko ogarniają kolejne pomieszczenia. Na podwórzu mieszkańcy zaczynają krzyczeć, że się pali, a czerwone wozy strażackie pędzą w stronę domu. Właśnie wtedy obserwatorzy na dole widzą, jak z okien czwartego piętra, razem z dymem, mają jakoby wylecieć trzy ciemne sylwetki mężczyzn oraz jedna naga kobieta. Rozdział nie rozstrzyga jeszcze, czy rzeczywiście tak się stało.

Rozdział 28. „Ostatnie przygody Korowiowa i Behemota”

Rozdział rozpoczyna się od wyraźnego zastrzeżenia narratora, że nie można z całkowitą pewnością ustalić, czy postacie widziane przy płonącym mieszkaniu naprawdę wyleciały przez okno, czy jedynie tak wydawało się sparaliżowanym strachem mieszkańcom. Nie wiadomo również, dokąd ewentualnie udały się bezpośrednio po opuszczeniu domu ani gdzie się rozdzieliły. Pewne jest jedynie to, że mniej więcej kwadrans później Korowiow i Behemot znajdują się już przy domu Gribojedowa. Zatrzymują się przed budynkiem i prowadzą ironiczną rozmowę o siedzibie pisarzy, którą Korowiow przedstawia jako miejsce dojrzewania wielkich talentów, potencjalnych autorów kolejnych „Faustów”, „Don Kichotów”, „Rewizorów” czy „Eugeniuszów Onieginów”. Behemot zauważa ludzi jedzących na werandzie, a Korowiow stwierdza, że przed długą podróżą obaj powinni się posilić i napić zimnego piwa.

Przy wejściu do restauracji zatrzymuje ich Zofia Pawłowna, siedząca przy księdze, do której wpisuje gości. Żąda okazania legitymacji pisarskich. Korowiow natychmiast rozpoczyna absurdalną polemikę: pyta, czy aby uznać Dostojewskiego za pisarza, również należałoby zażądać od niego dokumentu, i twierdzi, że o pisarstwie powinien świadczyć tekst, a nie legitymacja. Kiedy kobieta zauważa, że Korowiow nie jest Dostojewskim, odpowiada, że trudno mieć w tej kwestii całkowitą pewność. Zofia Pawłowna przypomina, że Dostojewski umarł, na co Behemot stanowczo protestuje słowami, że „Dostojewski jest nieśmiertelny”. Urzędniczka mimo wszystko nie zamierza ich przepuścić, dopóki nie interweniuje sam Archibald Archibaldowicz, kierownik restauracji. Nakazuje Zofii Pawłownie wpuścić obydwu przybyszy. Korowiow podaje nazwisko Panajew, Behemot przedstawia się jako Skabiczewski, po czym przy składaniu podpisów celowo zamieniają nazwiska: Korowiow podpisuje się jako Skabiczewski, kot jako Panajew.

Archibald Archibaldowicz traktuje ich z wyjątkową uprzejmością. Osobiście prowadzi do najlepszego, zacienionego stolika, natychmiast mobilizuje kelnerów, każe zmienić serwetę i proponuje najlepsze potrawy, przede wszystkim znakomitego jesiotra i pierś jarząbka. Zachowanie kierownika budzi zdumienie pozostałych gości, między innymi pisarza Pietrakowa-Suchowieja i jego żony. Narrator wyjaśnia jednak, że Archibald jest znacznie bardziej spostrzegawczy, niż mogłoby się wydawać. Słyszał już o wydarzeniach w Varietes i o podejrzanych osobnikach określanych jako kraciasty i kot, dlatego bez trudu rozpoznaje niezwykłych gości i nie chce się im narażać. Gdy stół zaczyna wypełniać się kawiorem, alkoholem i innymi potrawami, kierownik prosi o chwilę, rzekomo po to, by osobiście dopilnować jarząbków. W rzeczywistości schodzi do spiżarni, wyjmuje z lodu dwa ogromne wędzone jesiotry, zawija je w gazety, przewiązuje sznurkiem i odkłada na bok. Następnie sprawdza, czy jego kapelusz i letni płaszcz są przygotowane do szybkiego wyjścia. Jego działania wynikają z przekonania, że uczta Korowiowa i Behemota może nie potrwać długo.

Przeczucie kierownika sprawdza się niemal natychmiast. Kiedy Korowiow i Behemot piją drugi kieliszek wódki, na werandę wchodzą trzej uzbrojeni mężczyźni. Jeden rozkazuje wszystkim pozostać na miejscach i cała trójka otwiera ogień, celując w głowy podejrzanych. Korowiow i Behemot natychmiast rozpływają się w powietrzu, a z pozostawionego prymusa tryska słup ognia. Markiza zaczyna płonąć, następnie ogień przenosi się na budynek Gribojedowa, zajmuje dokumenty, zasłony i kolejne pomieszczenia. Pisarze oraz goście w panice opuszczają werandę. Archibald Archibaldowicz okazuje się natomiast doskonale przygotowany. Wychodzi bocznymi drzwiami odpowiednio wcześnie, w letnim płaszczu, spokojny niczym kapitan opuszczający płonący statek, i trzyma pod pachą wcześniej zapakowane dwa wędzone jesiotry. Na tym kończy się ostatnia moskiewska przygoda Korowiowa i Behemota.

Rozdział 29. „Przesądzone zostają losy mistrza i Małgorzaty”

O zachodzie słońca Woland i Asasello znajdują się wysoko ponad Moskwą na tarasie jednego z najpiękniejszych budynków miasta. Z ulicy nie można ich zobaczyć, ponieważ zasłania ich balustrada, oni natomiast mają przed sobą rozległy widok na całą stolicę. Woland siedzi na składanym taborecie w czarnej chlamidzie. Jego długa szpada została wbita pomiędzy płyty tarasu i służy jak wskazówka zegara słonecznego; cień stopniowo wydłuża się w stronę czarnych trzewików gospodarza. Asasello również ma już na sobie czarny strój i stoi nieruchomo obok. Nagle z okrągłej wieży na dachu wychodzi obdarty, ubrudzony gliną, czarnobrody mężczyzna w chitonie i własnoręcznie wykonanych sandałach. Jest to Mateusz Lewita. Woland reaguje ironicznym zdziwieniem, ponieważ właśnie jego najmniej spodziewał się zobaczyć, i pyta, dlaczego przybysz nawet go nie pozdrowił. Mateusz odpowiada, że nie życzy Wolandowi niczego dobrego i nazywa go duchem zła oraz władcą cieni.

Woland natychmiast podważa sposób, w jaki Mateusz przeciwstawia dobro złu. Zwraca uwagę, że świat pozbawiony wszelkich cieni musiałby zostać pozbawiony również przedmiotów, drzew i żywych istot, ponieważ wszystko, co istnieje, rzuca cień. Pyta więc, jaki sens miałoby dobro, gdyby w ogóle nie istniało zło, i czy Mateusz chciałby usunąć z ziemi całą żywą rzeczywistość tylko po to, aby pozostała nieskazitelna światłość. Mateusz nie chce podejmować dyskusji i nazywa Wolanda starym sofistą. Na pytanie o cel wizyty odpowiada krótko, że „On” go przysyła. Gdy Woland nazywa go niewolnikiem, Lewita protestuje, że jest uczniem. Dopiero wtedy przekazuje właściwą wiadomość: Jeszua przeczytał powieść mistrza i prosi, aby Woland zabrał jej autora ze sobą i w nagrodę obdarzył go spokojem. Woland stwierdza, że nie sprawi mu to żadnej trudności, ale pyta, dlaczego sami nie zabiorą mistrza do światłości. Mateusz odpowiada jednoznacznie: mistrz „nie zasłużył na światłość, on zasłużył na spokój”. Woland przyjmuje tę decyzję. Mateusz dodaje jeszcze prośbę, aby wraz z mistrzem zabrać kobietę, która go kochała i cierpiała z jego powodu. Woland odpowiada ironicznie, że bez tej sugestii z pewnością nigdy by na to nie wpadli, po czym każe Mateuszowi odejść.

Po zniknięciu Lewity Woland zwraca się do Asasella i poleca mu udać się do mistrza i Małgorzaty oraz „załatwić wszystko”. Asasello odchodzi, a Woland zostaje na tarasie sam. Niedługo później wracają Korowiow i Behemot. Kot wygląda jak uczestnik pożaru: jest osmolony, ma nadpaloną czapkę, pod pachą trzyma mały obraz w złoconej ramie, przez ramię przewiesił częściowo spalony fartuch kucharski, a w ręce niesie całego łososia. Zarówno on, jak i Korowiow pachną spalenizną. Meldują gotowość do dalszych działań, ale Woland odpowiada, że nie ma już dla nich żadnych poleceń. Wszystko, co mieli zrobić, zostało zrobione i mogą odpocząć. Na zachodzie nadciąga już czarna burzowa chmura, która stopniowo przesłania słońce, a Woland zapowiada, że wkrótce ruszą w drogę.

Rozdział 30. „Czas już! Czas!”

W tym samym czasie mistrz i Małgorzata przebywają w odzyskanej suterenie. Rozmawiają przy otwartym oknie o nadciągającej burzy oraz wydarzeniach zapisanych w powieści, szczególnie o ciemności nad Jeruszalaim i złotych posągach. Małgorzata nadal ma na sobie czarny płaszcz narzucony na nagie ciało, ponieważ wszystkie jej zwyczajne ubrania pozostały w willi. Mistrz chodzi w szpitalnej piżamie, choć jego dawne rzeczy znajdują się na miejscu; nie chciał się przebierać, ponieważ wciąż podejrzewał, że może rozpocząć się kolejne nadprzyrodzone wydarzenie. Jest już natomiast ogolony. W pokoju panuje bałagan, wszędzie leżą rękopisy, a stół jest zastawiony jedzeniem i butelkami, których pochodzenia żadne z nich nie zna. Spali prawie przez całą sobotę i obudzili się dopiero pod wieczór. Fizycznie czują się dobrze, poza lekkim bólem lewej skroni, lecz zmienił się ich stosunek do wydarzeń poprzedniej nocy. Mistrz nagle zaczyna ponownie wątpić w ich realność i pyta Małgorzatę, czy naprawdę jest całkowicie pewna, że oboje byli u szatana. Ona zapewnia, że tak. Mistrz ironizuje, że zamiast jednego wariata jest teraz dwoje, lecz Małgorzata przysięga mu, że wszystko będzie dobrze.

Właśnie wtedy zza okna rozlega się nosowy głos życzący pokojowi temu domowi. Małgorzata natychmiast rozpoznaje Asasella i z radością biegnie otworzyć. Mistrz każe jej przynajmniej zapiąć płaszcz, ale kobieta całkowicie to ignoruje. Asasello wchodzi, przyjmuje poczęstunek i wypija podany koniak. Mistrz, nadal próbujący upewnić się w realności sytuacji, szczypie się pod stołem w rękę, lecz przybysz oczywiście nie znika. Po chwili sam dochodzi do wniosku, że skoro jeszcze niedawno przekonywał Iwana o rzeczywistym spotkaniu z szatanem, nie ma sensu teraz tłumaczyć wszystkiego halucynacją. Jednocześnie zauważa, że Asasello czegoś nie mówi i że jego wizyta ma określony cel. Rudy wreszcie oznajmia, że Woland przesyła pozdrowienia i zaprasza oboje na niewielką przejażdżkę. Mistrz i Małgorzata zgadzają się bez oporu.

Asasello przypomina sobie jeszcze o podarunku od Wolanda. Wyciąga bardzo stary dzban owinięty ciemnym złotogłowiem i mówi, że znajduje się w nim falern, to samo wino, które pijał procurator Judei. Wzbudza to ogromne zainteresowanie obojga. Nalewają wino do szklanek i wznoszą toast za zdrowie Wolanda. Po wypiciu światło zaczyna gasnąć mistrzowi w oczach, traci oddech i widzi jeszcze, jak Małgorzata śmiertelnie blednie, wyciąga do niego ręce, opada głową na stół i zsuwa się na podłogę. Sam zdąża nazwać Asasella trucicielem i próbuje sięgnąć po nóż, lecz traci władzę nad ciałem, upada na wznak i rozcina skroń o kant sekretarzyka. Oboje pozostają nieruchomi.

Asasello natychmiast opuszcza suterenę i pojawia się w willi, w której wcześniej mieszkała Małgorzata. Chce osobiście upewnić się, że wszystko przebiegło tak, jak powinno. Widzi zasępioną kobietę oczekującą na powrót męża. Kobieta wychodzi z sypialni, nagle blednie, chwyta się za serce, próbuje zawołać Nataszę lub kogokolwiek na pomoc i pada na podłogę w salonie. Tekst nie objaśnia tej sceny dodatkowym komentarzem ani nie nazywa tej kobiety żadnym „sobowtórem”; relacjonuje jedynie jej śmierć w willi. Asasello stwierdza, że wszystko jest w porządku, po czym natychmiast wraca do sutereny.

Najpierw odwraca Małgorzatę twarzą ku sobie. Jej rysy stopniowo się zmieniają: znika wiedźmowaty zez i drapieżność, twarz staje się spokojna i naznaczona cierpieniem. Asasello rozchyla jej usta i wlewa kilka kropli tego samego wina, którym przed chwilą została otruta. Małgorzata ożywa, wstaje o własnych siłach i pyta ze słabością, dlaczego ją zabił. Gdy dostrzega leżącego mistrza, nazywa Asasella mordercą. Ten spokojnie zapewnia, że mistrz za moment również wstanie. Małgorzata od razu mu wierzy i razem podają wino ukochanemu. Mistrz odzyskuje świadomość i ponownie nazywa Asasella trucicielem. Rudy ironicznie narzeka, że zniewagi są zwykłą nagrodą za dobrze wykonaną pracę, i każe mu wreszcie właściwie spojrzeć na sytuację. Mistrz rozumie wtedy, że nastąpiła jakaś zasadnicza zmiana, i dochodzi do wniosku, iż Asasello ich zabił, a oni są martwi. Asasello podważa jednak proste rozumienie tej sytuacji, pytając, jak człowiek potrafiący myśleć może uważać się po prostu za martwego. Mistrz odpowiada, że już wszystko rozumie i nie potrzebuje dalszych wyjaśnień. Małgorzata zachwyca się rozwiązaniem Wolanda, uznając je za lepsze od wszystkiego, co sama mogłaby wymyślić.

Małgorzata przypomina mistrzowi o powieści i nalega, aby koniecznie ją zabrał. Mistrz odpowiada, że rękopis nie jest już potrzebny, ponieważ zna całość na pamięć i odtąd niczego nie zapomni. Asasello oznajmia, że nadszedł czas ognia, od którego wszystko się zaczęło i którym wszystko należy zakończyć. Wyciąga z pieca żarzącą się głownię i podpala obrus, stare gazety, rękopis oraz zasłonę. Mistrz sam dorzuca do ognia książkę. Wkrótce cała suterenowa przestrzeń płonie. Cała trójka wybiega do ogródka, gdzie widzi oszołomioną kucharkę i trzy czarne konie. Małgorzata dosiada pierwszego, następnie Asasello i mistrz. Kiedy kucharka próbuje się przeżegnać, Asasello grozi, że odetnie jej rękę. Konie zrywają się z ziemi i wznoszą ponad Moskwę, a z okna sutereny zaczyna wydobywać się dym.

Mistrz prosi Asasella, aby pozwolono mu pożegnać się z miastem. Zanim jednak do tego dojdzie, chce odwiedzić jedynego człowieka, z którym w ostatnim okresie naprawdę rozmawiał. Trójka leci nad Moskwą, mija dymiące ruiny domu Gribojedowa, a gdy miasto pozostaje za nimi, zaczyna się ulewa. Lądują w pobliżu kliniki Strawińskiego. Asasello zostaje na zewnątrz i każe im szybko się pożegnać. Mistrz i Małgorzata przechodzą przez ogród, a następnie niewidzialni dostają się przez balkon do pokoju numer sto siedemnaście, w którym przebywa Iwan. Poeta nie jest zdziwiony. Radośnie wita mistrza i mówi, że od dawna na niego czekał, ponieważ spodziewał się podobnego spotkania. Mistrz wyjaśnia, że tym razem przyszedł już tylko pożegnać się, gdyż odlatuje na zawsze. Iwan pyta, czy spotkał Wolanda, a po potwierdzeniu przypomina, że zgodnie z obietnicą nie będzie więcej pisał swoich dawnych wierszy. Chce teraz zająć się czymś innym. Mistrz pochwala tę decyzję i mówi, aby Iwan napisał dalszy ciąg historii Piłata. Na pytanie, czy sam nie będzie już o nim pisał, odpowiada, że nie, ponieważ czeka go coś innego.

Z zewnątrz dobiega gwizd. Iwan uważa, że to odgłos burzy, lecz mistrz wie, że Asasello go przywołuje. Zanim odejdzie, poeta pyta jeszcze o Małgorzatę, chcąc wiedzieć, czy ukochana rzeczywiście pozostała wierna mistrzowi. Ten wskazuje na ścianę, z której wyłania się Małgorzata. Kobieta podchodzi do łóżka Iwana, patrzy na niego ze współczuciem, pochyla się i całuje go. Następnie mistrz żegna się z Iwanem słowami „Żegnaj, uczniu” i razem z Małgorzatą zaczyna rozpływać się w powietrzu. Zamykają się drzwi balkonowej kraty.

Po ich zniknięciu Iwan staje się niespokojny. Słyszy za ścianą kroki i przyciszone głosy, dlatego wzywa Praskowię Fiodorownę. Nie chce lekarza, prosi jedynie o powiedzenie mu, co wydarzyło się w sąsiednim pokoju numer sto osiemnaście. Pielęgniarka próbuje początkowo ukryć prawdę, ale ostatecznie przyznaje, że jego sąsiad właśnie umarł. Iwan reaguje spokojnie i oznajmia, że wiedział, iż tak się stanie. Dodaje również, że w tej samej chwili w mieście umarła jeszcze jedna osoba i że nawet wie, kto to był: kobieta. Na tym kończy się rozdział.

Rozdział 31. „Na Worobiowych Górach”

Burza całkowicie już przeminęła, a nad Moskwą rozciąga się wielobarwna tęcza, której łuk zdaje się sięgać rzeki. Wysoko na Worobiowych Górach, pomiędzy dwiema kępami krzewów, stoją trzy osiodłane czarne konie. Siedzą na nich Woland, Korowiow i Behemot, obserwując rozpościerające się za rzeką miasto, którego tysiące zwróconych ku zachodowi okien odbijają światło zachodzącego słońca. W pewnej chwili w powietrzu rozlega się szum i do grupy dołącza Asasello, za którego czarnym płaszczem lecą mistrz i Małgorzata. Woland mówi im, aby nie mieli mu za złe tego, że zakłócił ich spokój, ponieważ nie sądzi, by mieli później żałować tej podróży, po czym zwraca się już bezpośrednio do mistrza i pozwala mu pożegnać się z Moskwą, gdyż nadszedł czas odjazdu. Mistrz zeskakuje z konia i podchodzi na sam skraj wzgórza. Przez dłuższą chwilę patrzy na miasto, próbując uporządkować własne uczucia. Najpierw pojawiają się smutek i żal, później zostają zastąpione przez niespokojne, niemal włóczęgowskie podniecenie związane ze świadomością, że opuszcza Moskwę na zawsze. Następnie pojawia się poczucie wielkiej, śmiertelnej krzywdy, lecz również ono stopniowo przemija; w jego miejsce przychodzi wyniosła obojętność, a wreszcie przeczucie wiekuistego spokoju. Mistrz długo stoi nad urwiskiem, raz podnosząc głowę, jak gdyby chciał spojrzeć poza najdalsze przedmieścia, raz opuszczając ją ku ziemi, podczas gdy pozostali jeźdźcy czekają w całkowitym milczeniu. W końcu wraca. Woland pyta, czy się pożegnał, a mistrz, już całkowicie uspokojony, odpowiada twierdząco i bez lęku patrzy mu w twarz. Wtedy ponad górami rozlega się potężny głos Wolanda: „Czas już!”, któremu towarzyszą przenikliwy gwizd i śmiech Behemota. Konie natychmiast ruszają. Małgorzata czuje, jak jej rumak szarpie wędzidło i wyrywa się do galopu. Pęd rozwiewa ogromny płaszcz Wolanda, który stopniowo przesłania całe wieczorne niebo. Kiedy na chwilę odsuwa się na bok, Małgorzata odwraca głowę i zauważa, że za jeźdźcami nie ma już ani kolorowych wież, ani Moskwy. Miasto pozostało daleko za nimi i znika z ich dalszej drogi.

Rozdział 32. „Przebaczenie i wiekuista przystań”

Kawalkada długo pędzi przez pogrążającą się w nocy ziemię. Nawet czarne, czarodziejskie konie zaczynają zwalniać, a zwykle niespożyty Behemot milknie i jedzie poważnie. Noc stopniowo zakrywa łąki, lasy i odległe światła, aż wreszcie zaczyna niejako zdzierać z podróżnych dotychczasowe przebrania i odsłaniać ich inne postacie. Kiedy zza lasu pojawia się wielki purpurowy księżyc, moskiewskie kostiumy świty całkowicie znikają. Korowiow-Fagot nie przypomina już wysokiego błazna w kraciastej odzieży ani samozwańczego tłumacza Wolanda. Obok Małgorzaty galopuje teraz ciemnofioletowy rycerz o ponurej twarzy, na której nigdy nie pojawia się uśmiech; złoty łańcuch jego uzdy cicho podzwania, on sam zaś trzyma głowę opuszczoną i pogrążony jest we własnych myślach. Tekst nie podaje w tym miejscu żadnej historii o karze za żart dotyczący światła i ciemności ani nie wyjaśnia, dlaczego wcześniej występował jako Korowiow. Behemot również traci dotychczasową postać. Noc zdziera z niego futro i ogon, odsłaniając szczupłego młodego chłopca, demona-pazia i błazna, który teraz jedzie bezgłośnie i poważnie, wystawiając młodą twarz na światło księżyca. Asasello leci nieco z boku, w stalowej zbroi. Znika jego wystający kieł i zez, oba oczy stają się jednakowo czarne i puste, a twarz blada i zimna. Ukazuje się jako demon bezwodnej pustyni i demon-morderca. Małgorzata nie może zobaczyć własnej przemiany, obserwuje natomiast mistrza. Jego włosy w księżycowym świetle stają się białe i układają z tyłu w rozwiewany warkocz, spod płaszcza błyskają ostrogi na wysokich butach, a sam mistrz wpatruje się w księżyc i uśmiecha do niego jak do kogoś dobrze znanego, co pewien czas mamrocząc coś pod nosem, tak jak przywykł robić w pokoju numer sto osiemnaście kliniki. Woland również znajduje się teraz w swojej innej postaci, ale Małgorzata nie potrafi jej dokładnie opisać; wydaje jej się jedynie, że uzda jego konia została utworzona z promieni księżycowych, sam koń jest bryłą ciemności, jego grzywa chmurą, a ostrogi Wolanda przypominają białe plamki gwiazd.

Po długim locie znikają lasy i rzeki. Poniżej pojawiają się połyskujące głazy oraz czarne przepaście, do których nie dociera światło księżyca. Woland zatrzymuje konia na płaskim, kamienistym szczycie i od tej chwili wszyscy jadą stępa. Małgorzata dostrzega pośrodku pustkowia marmurowy tron i siedzącą na nim białą postać człowieka. Mężczyzna wydaje się albo głuchy, albo tak głęboko pogrążony w myślach, że nie zauważa przybycia całej grupy. Nerwowo zaciera ręce i niewidzącym spojrzeniem patrzy w księżyc. Obok niego leży ogromny czarny pies o spiczastych uszach, również niespokojnie wpatrzony w księżyc, natomiast u stóp tronu znajdują się skorupy rozbitego dzbana oraz czarnoczerwona kałuża, która nigdy nie wysycha. Woland oznajmia mistrzowi, że jego powieść została przeczytana i uznano tylko jedno: nie została zakończona. Dlatego chciał pokazać autorowi jego własnego bohatera. Poncjusz Piłat siedzi na tym miejscu prawie dwa tysiące lat. Zwykle śpi, lecz podczas każdej pełni księżyca ogarnia go bezsenność. Cierpi razem z nim Banga, ponieważ pies, który kocha swojego pana, dzieli jego los. Woland przypomina, że jedyną rzeczą, której odważny Banga naprawdę się bał, była burza.

Małgorzata pyta, co Piłat mówi podczas bezsennych nocy. Woland odpowiada, że procurator zawsze powtarza to samo: twierdzi, że nawet przy księżycu nie potrafi odnaleźć spokoju i że kiedyś przyszło mu odegrać złą rolę. Kiedy śpi, śni mu się natomiast wciąż ta sama księżycowa droga, po której chciałby pójść, aby kontynuować rozmowę z więźniem Ha-Nocri, ponieważ jest przekonany, że owego czternastego dnia miesiąca nisan nie zdążył mu powiedzieć czegoś istotnego. Nie może jednak wejść na tę drogę i nikt do niego nie przychodzi, dlatego przez całe lata pozostaje sam. Do swoich powtarzanych nocą słów dodaje również, że nade wszystko nienawidzi własnej nieśmiertelności i ogromnej sławy i że chętnie zamieniłby się miejscami z obdartym Mateuszem Lewitą. Małgorzata, poruszona jego losem, pyta, czy dwanaście tysięcy księżyców cierpienia za jedną dawną księżycową noc to nie zbyt wiele. Woland przypomina jej historię Friedy, lecz zaraz dodaje, że nie musi się wstawiać za Piłatem, ponieważ uczynił to już ten, z którym procurator tak bardzo pragnął rozmawiać. Tekst zachowuje obie podane w tej scenie miary czasu: Woland mówi wcześniej, że Piłat pozostaje na szczycie prawie dwa tysiące lat, natomiast Małgorzata mówi o dwunastu tysiącach księżyców; narracja nie próbuje tej różnicy wyjaśniać ani przeliczać.

Woland zwraca się wtedy do mistrza i pozwala mu zakończyć powieść jednym zdaniem. Mistrz, jak gdyby przez cały czas właśnie na to czekał, składa dłonie przy ustach i krzyczy w stronę siedzącego procuratora: „Jesteś wolny! Jesteś wolny! On czeka na ciebie”. Głos odbija się echem od gór, które zaczynają się rozpadać. Skalne ściany runą w przepaść, pozostawiając jedynie szczyt z marmurowym tronem, natomiast po drugiej stronie otchłani pojawiają się światła ogromnego miasta oraz wspaniałe ogrody, nad którymi wznoszą się połyskujące posągi. Ku nim prowadzi wreszcie długo oczekiwana droga utworzona ze światła księżyca. Pierwszy rusza po niej Banga. Piłat zrywa się z tronu, wydaje ochrypły, łamiący się okrzyk, którego znaczenia nie da się rozpoznać, i biegnie za swoim psem. Nie wiadomo, czy płacze, czy się śmieje, ani co dokładnie krzyczy. Mistrz pyta Wolanda, czy również powinien udać się tą drogą za własnym bohaterem. Słyszy, że nie ma sensu iść śladem tego, co zostało już zakończone. Kiedy wskazuje z kolei na widoczną w oddali Moskwę i pyta, czy ma wrócić tam, Woland ponownie odpowiada przecząco.

Woland mówi mistrzowi, że człowiek, którego Piłat tak bardzo pragnął spotkać i którego mistrz przed chwilą uwolnił, przeczytał jego powieść. Następnie zwraca się do Małgorzaty i oznajmia, że chociaż zapewne wymyślała dla ukochanego możliwie najlepszą przyszłość, to rozwiązanie, o które Jeszua prosił dla nich obojga, jest jeszcze lepsze. Każe zostawić Piłata i Ha-Nocri samych, aby mogli wreszcie rozmawiać, i jednym gestem sprawia, że Jeruszalaim znika. W podobny sposób rozwiewa się obraz Moskwy. Woland pyta mistrza, po co miałby wracać do sutereny, skoro może otrzymać inne życie. Opisuje dom czekający na niego i Małgorzatę: w ciągu dnia będą mogli spacerować pod zakwitającymi wiśniami, wieczorami słuchać muzyki Schuberta, mistrz będzie pisał przy świecach gęsim piórem, a nawet, niczym Faust, będzie mógł pracować przy retorcie i marzyć o stworzeniu nowego homunkulusa. Czeka na nich również stary sługa. Świece już płoną, choć wkrótce zgasną, ponieważ bohaterowie mają przywitać świt. Woland wskazuje im tę drogę i żegna się. Mistrz i Małgorzata odpowiadają pożegnaniem, natomiast Woland wraz z całą świtą rzuca się w przepaść i znika. Znikają także skały, kamienisty szczyt, Jeruszalaim i czarne konie.

Mistrz i Małgorzata pozostają sami. Przy księżycu zaczyna się dla nich obiecany świt. Idą przez omszały kamienny mostek, pozostawiają za sobą strumień i ruszają piaszczystą drogą. Małgorzata zwraca uwagę mistrza przede wszystkim na panującą wokół ciszę i zachęca, aby się nią nasycił. Widzi już ich dom z weneckim oknem oraz dzikim winem wspinającym się pod dach. Mówi ukochanemu, że będzie tam zasypiał w swojej przybrudzonej szlafmycy z uśmiechem na ustach, sen będzie przywracał mu siły i przynosił mądre myśli, a ona będzie strzegła jego snu. Razem odchodzą w stronę ich „wieczystego domu”. W tym zakończeniu mistrz nie otrzymuje światłości, o której wcześniej mówił Mateusz Lewita, lecz właśnie spokój, o który dla niego poprosił Jeszua.

Epilog

Po zniknięciu Wolanda i jego świty z Worobiowych Gór przez długi czas cała Moskwa żyje wydarzeniami ostatnich dni. Pogłoski szybko rozchodzą się również po całym kraju i przybierają coraz bardziej fantastyczne formy. Narrator wspomina na przykład zasłyszaną w pociągu opowieść, według której z Varietes miało wyjść nago aż dwa tysiące osób, a później wszyscy mieli rozjechać się taksówkami do domów. O „nieczystej sile” mówi się w kolejkach, sklepach, tramwajach, mieszkaniach, kuchniach wspólnych, pociągach, na stacjach, przystankach i letniskach. Ludzie uważający się za wykształconych i racjonalnych wyśmiewają takie wyjaśnienia, ale nie można zaprzeczyć, że w Moskwie rzeczywiście ktoś działał: pozostały przecież ruiny Gribojedowa oraz wiele innych materialnych śladów. Ostatecznie zarówno ludzie „kulturalni”, jak i prowadzący śledztwo przyjmują oficjalną wersję, według której za wszystkimi wydarzeniami stała wyjątkowo sprawna banda hipnotyzerów i brzuchomówców. Rozpoczynają się energiczne poszukiwania Wolanda oraz jego wspólników, lecz żaden z nich nigdy więcej się nie pojawia. Nie zostają odnalezieni ani w kraju, ani za granicą.

Nieobecność rzeczywistych sprawców nie kończy jednak następstw wydarzeń. Szczególnie tragiczny los spotyka czarne koty, ponieważ ludzie zaczynają utożsamiać każde takie zwierzę z Behemotem. Około stu kotów zostaje zastrzelonych lub zabitych w inny sposób, a piętnaście trafia na posterunki milicji, często po wcześniejszym pobiciu. Narrator szczegółowo opisuje przypadek kota z Armawiru, którego pewien obywatel przyłapuje w chwili, gdy zwierzę próbuje wejść w łopuchy. Mężczyzna wiąże mu przednie łapy własnym zielonym krawatem, prowadzi na milicję na tylnych łapach i krzyczy, aby przestał udawać niemowę. Kot nie potrafi oczywiście odpowiedzieć i zostaje uratowany dopiero dzięki milicjantom, którzy zauważają, że zatrzymujący go człowiek pachnie alkoholem, oraz dzięki starszej właścicielce zwierzęcia. Kobieta potwierdza, że zna kota od małego, że nigdy nie opuszczał Armawiru, nie był w Moskwie i całe życie zajmował się między innymi polowaniem na myszy. Po sprawdzeniu sprawy kot zostaje rozwiązany i zwrócony właścicielce.

Nieporozumienia dotyczą również ludzi. W różnych miastach zatrzymywane są osoby o nazwiskach podobnych do Wolanda i Korowiowa, między innymi Wolman, Wolper, kilku Wołodinów, Wołoch, dziewięciu Korowinów, czterech Korowkinów i dwóch Karawajewów. W Penzie zatrzymany zostaje nawet adiunkt chemii Wietczynkiewicz, zapewne przede wszystkim dlatego, że jest bardzo wysokim brunetem. W Biełgorodzie z pociągu do Sewastopola wyprowadzony zostaje związany człowiek, który niefortunnie postanowił zabawiać współpasażerów sztuczkami karcianymi. W Jarosławiu panikę wywołuje natomiast człowiek wchodzący do restauracji z odebranym właśnie z naprawy prymusem. Portierzy, goście i kelnerzy uciekają na jego widok, a podczas zamieszania ginie cały utarg kasjerki. Narrator zaznacza, że podobnych wydarzeń było więcej, lecz nie sposób ich wszystkich zapamiętać.

Prowadzący śledztwo wraz z psychiatrami tworzą szczegółową racjonalną teorię wszystkich wydarzeń. Zgodnie z nią Korowiow lub któryś z jego wspólników był hipnotyzerem o niebywałej sile, zdolnym przekonywać ludzi, że widzą osoby i przedmioty znajdujące się gdzie indziej albo w ogóle nieistniejące, a zarazem usuwać z ich świadomości rzeczy naprawdę obecne. W ten sposób wyjaśniona zostaje nawet strzelanina z Behemotem w mieszkaniu numer pięćdziesiąt. Według oficjalnej wersji żadnego kota na żyrandolu oczywiście nie było, nikt nie odpowiadał strzałami, natomiast Korowiow znajdował się gdzieś obok i za pomocą sugestii stwarzał jedynie wrażenie obecności zwierzęcia. To on miał później rozlać benzynę i podpalić mieszkanie. Równie racjonalnie wyjaśniane jest przeniesienie Stiopy do Jałty: według tej teorii Stiopa wcale tam nie poleciał, lecz po utracie przytomności cały czas znajdował się w Moskwie, dopóki Korowiow nie nałożył mu na głowę wojłokowego kapelusza i nie wysłał na moskiewskie lotnisko, jednocześnie hipnotyzując ludzi oczekujących na przybycie samolotu tak, aby uznali, że Stiopa właśnie z niego wysiadł. Fakt, że milicja w Jałcie utrzymuje, iż rzeczywiście miała Lichodiejewa u siebie i wysyłała depesze do Moskwy, zostaje rozwiązany stwierdzeniem, że w aktach nie zachowały się kopie tych telegramów, a zatem banda najwyraźniej potrafiła hipnotyzować na wielkie odległości nie tylko jednostki, lecz całe grupy ludzi. Są to wnioski śledztwa, a nie rozstrzygnięcie narratora, że wszystkie wcześniejsze nadprzyrodzone wydarzenia faktycznie były hipnozą.

W ramach tej teorii zwyczajnymi sztuczkami okazują się także talia pojawiająca się w kieszeni widza, znikające damskie suknie, miauczący beret oraz odrywanie Bengalskiemu głowy, a gadający Behemot zostaje uznany za efekt doskonałego brzuchomówstwa. Śledczy przypisują Korowiowowi nawet śmierć Berlioza: w ich rekonstrukcji to on, za pomocą hipnozy, posłał przewodniczącego Massolitu pod tramwaj. Korowiow ma również odpowiadać za chorobę Iwana Bezdomnego oraz za obrazy Jeruszalaim i egzekucji na Nagiej Górze pojawiające się później w jego snach. Zniknięcie Małgorzaty i Nataszy tłumaczy się natomiast uprowadzeniem obu kobiet po wcześniejszym poddaniu ich hipnozie. Śledczy szczególnie dokładnie badają tę część sprawy, próbując ustalić, czy kobiety zostały porwane, czy przyłączyły się do bandy dobrowolnie. Biorą pod uwagę chaotyczne zeznania Mikołaja Iwanowicza, list Małgorzaty do męża, w którym oznajmiła, że zostaje wiedźmą i odchodzi na zawsze, oraz fakt, że Natasza pozostawiła w domu wszystkie osobiste rzeczy. Ostatecznie uznają, że obie zostały zahipnotyzowane i uprowadzone, być może dlatego, że przestępcom spodobała się ich uroda. Jeszcze mniej zrozumiałe pozostaje zniknięcie mistrza. Śledczy nie potrafią wyjaśnić, po co banda miałaby porywać pacjenta szpitala psychiatrycznego, nie ustalają nawet jego nazwiska i zamykają sprawę pod jedynym znanym określeniem zaginionego, czyli numerem sto osiemnastym pierwszego oddziału. W ten sposób niemal wszystko zostaje oficjalnie „wyjaśnione”, a śledztwo zostaje zakończone.

Mijają lata i pamięć o wydarzeniach powoli zanika, choć życie osób, które zetknęły się z Wolandem i jego świtą, wyraźnie się zmienia. Żorż Bengalski przebywa w szpitalu przez trzy miesiące, po czym zostaje uznany za wyleczonego. Nie wraca jednak do pracy konferansjera w Varietes, ponieważ nie chce codziennie stawać przed wielotysięczną publicznością, która rozpoznawałaby go i pytała szyderczo, czy lepiej pracuje mu się z głową, czy bez niej. Utracił również dużą część humoru potrzebnego w jego zawodzie. Każdej wiosny podczas pełni księżyca ogarnia go niepokój: chwyta się za kark, rozgląda z przerażeniem i zaczyna płakać. Rezygnuje więc z pracy i żyje z oszczędności, które według własnych obliczeń powinny wystarczyć mu na piętnaście lat.

Warionucha zmienia się niemal w swoje przeciwieństwo. Zyskuje ogromną popularność dzięki niespotykanej uprzejmości i życzliwości wobec ludzi, do tego stopnia, że osoby proszące o darmowe bilety nazywają go „ojczulkiem i dobrodziejem”. Niezależnie od pory dnia odbiera telefony łagodnym, choć smutnym głosem, a gdy ktoś prosi o połączenie z Warionuchą, natychmiast odpowiada, że sam jest przy aparacie. Stiopa Lichodiejew po ośmiu dniach pobytu w klinice zostaje wysłany do Rostowa i obejmuje stanowisko kierownika wielkiego sklepu spożywczego. Według krążących informacji nie pije już portweinu, lecz wódkę, nalewkę na pączkach czarnych porzeczek, co ma mu podobno wychodzić na zdrowie; staje się również małomówny i zaczyna unikać kobiet.

Rimski po pobycie w klinice i późniejszym pobycie w Kisłowodzku składa rezygnację z funkcji dyrektora finansowego Varietes. Sam nie ma nawet odwagi wejść ponownie do budynku teatru, dlatego podanie przynosi jego żona. Wspomnienie pękniętej szyby, księżycowego światła i długiej ręki sięgającej do zasuwki pozostaje dla niego zbyt silne. Później zostaje dyrektorem teatru lalek na Zamoskworieczu. Nie musi już tam prowadzić sporów o akustykę z Arkadiuszem Apołłonowiczem Siemplejarowem, ponieważ dawny przewodniczący komisji akustycznej został przeniesiony do Briańska i kieruje punktem skupu runa leśnego. Narrator ironicznie zauważa, że mieszkańcy Moskwy są z tej zmiany bardzo zadowoleni, ponieważ otrzymują teraz znakomite solone rydze i marynowane prawdziwki, podczas gdy wcześniejsza działalność Siemplejarowa nie przyniosła zauważalnej poprawy akustyki.

Stanowisko Rimskiego w Varietes zajmuje Alojzy Mogarycz. Około dobę po wizycie u Wolanda odzyskuje świadomość w pociągu gdzieś pod Wiatką i odkrywa, że podczas wyjazdu z Moskwy nie założył spodni, za to z niejasnych powodów zabrał księgę meldunkową przedsiębiorcy budowlanego. Za dużą sumę kupuje od konduktora stare, poplamione spodnie i wraca do Moskwy. Domku, w którym wcześniej znajdowała się suterena mistrza, już nie ma, ponieważ spłonął razem z całym wyposażeniem. Mogarycz szybko jednak organizuje sobie dalsze życie: po dwóch tygodniach mieszka już w dobrym pokoju w zaułku Briusowa, a kilka miesięcy później zajmuje dawny gabinet Rimskiego w Varietes. Warionucha nie znosi nowego przełożonego i marzy o jego usunięciu, nazywając go prywatnie wyjątkowym ścierwem, choć narrator zaznacza, że może nie być w tej ocenie bezstronny i że właściwie nie zaobserwowano, by Mogarycz robił coś szczególnie złego, a nawet by robił cokolwiek poza zatrudnieniem nowej osoby na miejsce bufetowego Sokowa. Andrzej Fokicz Sokow umiera bowiem na raka wątroby w klinice Pierwszego Moskiewskiego Uniwersytetu Państwowego dziesięć miesięcy po pobycie Wolanda w Moskwie. Wcześniejsza przepowiednia w mieszkaniu Wolanda mówiła natomiast o dziewięciu miesiącach; epilog podaje dziesięć i tekst tej różnicy nie wyjaśnia.

Spośród wszystkich osób związanych z wydarzeniami najważniejszy pozostaje jednak Iwan Nikołajewicz Ponyriow. Minęło kilka lat. Dawny poeta Bezdomny nie pisze już wierszy, lecz pracuje jako profesor w Instytucie Historii i Filozofii. Każdej wiosny, kiedy zbliża się świąteczna pełnia księżyca, około trzydziestoletni, rudawy, zielonooki i skromnie ubrany Iwan pojawia się przed wieczorem na Patriarszych Prudach. Zawsze siada na tej samej ławce, na której przed laty siedział wraz z Berliozem i gdzie po raz pierwszy spotkali Wolanda. Oficjalnie Ponyriow wszystko już rozumie: wie, że jako młody człowiek padł ofiarą przestępczych hipnotyzerów, później przeszedł leczenie i wyzdrowiał. Jednocześnie wie, że z jedną rzeczą nie potrafi sobie poradzić. Gdy tylko księżyc zaczyna rosnąć i zbliża się pełnia, profesor staje się niespokojny, traci apetyt i sen i czeka na noc, w której tarcza osiągnie pełny kształt. Wtedy nikt nie potrafi zatrzymać go w domu. Idzie na Patriarsze Prudy, siedzi przez godzinę albo dwie na pamiętnej ławce, pali, mówi sam do siebie i patrzy raz na księżyc, raz na miejsce związane ze śmiercią Berlioza.

Później wstaje i zawsze tą samą trasą, przez Spiridonowkę, rusza ku zaułkom Arbatu. Mija sklep z naftą i starą przekrzywioną latarnię gazową, aż dociera do kraty otaczającej piękny ogród i gotycką willę z weneckim oknem w wykuszu. Sam nie wie, dlaczego za każdym razem przyciąga go właśnie to miejsce, wie natomiast, że podczas pełni nie zdoła się temu oprzeć. Za kratą zawsze spotyka tego samego człowieka: starszego, solidnie wyglądającego mężczyznę z bródką, binoklami i twarzą przypominającą nieco świński ryj. Jest to Mikołaj Iwanowicz. Siedzi na ławce i wpatruje się w księżyc, później spogląda ku oknu w wieżyczce tak, jak gdyby oczekiwał, że zaraz się otworzy i pojawi się w nim ktoś niezwykły. Następnie zaczyna z zachwytem mówić do siebie o „Wenerze”, wyrzucając sobie, że był głupcem, nie odleciał z nią i zamiast tego wziął zaświadczenie. Iwan obserwuje go z ukrycia i rozumie, że także ma przed sobą „ofiarę księżyca”, podobną do siebie. Mikołaj Iwanowicz przyznaje sam przed sobą, że żałuje swojego wyboru, dopóki z okna willi nie odzywa się kobiecy głos Klaudii Piotrowny, pytającej, dlaczego siedzi na dworze i czy chce złapać malarię. Wtedy Mikołaj natychmiast kłamie, że wyszedł jedynie zaczerpnąć świeżego powietrza, a później wraca do domu. Ponyriow nie wierzy ani słowu i chciałby przede wszystkim poznać tajemnicę owej utraconej „Wenery”, której Mikołaj podczas każdej pełni bezskutecznie wypatruje.

Po powrocie do domu profesor jest już w bardzo złym stanie. Jego żona dobrze zna ten coroczny rytuał i nie próbuje mu przeszkadzać. Każe mu się położyć, sama pozostaje przy lampie z książką i obserwuje śpiącego, wiedząc, że przed świtem Iwan obudziłby się z krzykiem, płaczem i gwałtownym niepokojem. Dlatego zawczasu przygotowuje strzykawkę oraz ampułkę z płynem przypominającym mocną herbatę. Po zastrzyku Ponyriow zasypia spokojnie, a jego twarz staje się szczęśliwa. Przed podaniem środka powraca do niego zawsze ten sam koszmarny obraz: beznosy oprawca przebija włócznią serce przywiązanego do słupa Gestasa, a nad wszystkim znajduje się nienaturalne, katastroficzne światło burzowej chmury. Po zastrzyku sen jednak się zmienia. Od łóżka ku oknu otwiera się szeroka droga z księżycowego światła, na którą wchodzi człowiek ubrany w biały płaszcz z podbiciem koloru krwawnika. Obok niego idzie młody człowiek w podartym chitonie i ze zmasakrowaną twarzą. Poncjusz Piłat i Jeszua rozmawiają ze sobą żywo, spierają się i próbują dojść do porozumienia.

Piłat błagalnie pyta Jeszuę, czy tamta haniebna egzekucja naprawdę się nie odbyła. Jeszua odpowiada, że oczywiście nie, że tylko mu się to przywidziało. Procurator prosi jeszcze o przysięgę, a Jeszua przysięga. Piłat uznaje tę odpowiedź za wystarczającą i razem z towarzyszem rusza coraz wyżej drogą prowadzącą ku księżycowi. Za nimi spokojnie podąża Banga. Wtedy światło księżyca rozlewa się jak rzeka. W jego nurcie pojawia się niezwykle piękna kobieta prowadząca za rękę zarośniętego mężczyznę, który lękliwie ogląda się za siebie. Iwan natychmiast rozpoznaje w nim pacjenta numer sto osiemnaście, swojego nocnego gościa z kliniki. Pyta mistrza, czy właśnie w ten sposób wszystko się skończyło. Mistrz odpowiada: „Tak to się skończyło, uczniu mój”. Małgorzata również zapewnia Iwana, że wszystko naprawdę dobiegło końca i że wszystko kiedyś się kończy. Pochyla się nad nim, całuje go w czoło, a następnie razem z mistrzem odchodzi ku księżycowi. Pokój Iwana zalewa światło. Profesor śpi wtedy spokojnie i szczęśliwie, a następnego dnia budzi się milczący, lecz całkowicie zdrowy. Jego zmęczona pamięć ponownie przygasa i aż do następnej wiosennej pełni nie niepokoją go ani beznosy oprawca Gestasa, ani Poncjusz Piłat.

KONIEC. 

Powrót do blogu